Forum INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY Strona Główna INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY
Dyskusje o inedii, niejedzeniu, poszczeniu, dietach i inne.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Zesztywniające Zapalenie Stawów Kręgosłupa - doświadczenia

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY Strona Główna -> Ja, Moje Życie i Moje Doświadczenia.
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Daniel



Dołączył: 07 Kwi 2017
Posty: 9

PostWysłany: 2017 04 07 19:25    Temat postu: Zesztywniające Zapalenie Stawów Kręgosłupa - doświadczenia Odpowiedz z cytatem

Witam. Pomyślałem sobie, że warto by było podzielić się moimi doświadczeniami na temat mojej dolegliwości zdiagnozowanej przez lekarzy jako Zesztywniające Zapalenie Stawów Kręgosłupa. Notatki piszę na bieżąco i gromadzę już od 2015 roku. Tych notatek jest dosyć sporo, głównie na temat dwóch (12 i 17 dniowej) głodówek i oczyszczania wątroby. Uporządkowałem je chronologicznie, sklejając oddzielne notatki w jedną całość. Opisywałem swoje doświadczenia w miarę na bieżąco i obiektywnie, ale są też tutaj moje wnioski i przemyślenia na niektóre rzeczy.

Cała moja choroba miała początek, kiedy miałem 16 lat – 1 klasa liceum, mniej więcej w lutym 2011 roku coś mnie zaczęło boleć między barkiem a klatką piersiową. Podczas majówki ten ból zaczął się nasilać, pojawił się również ból kolców biodrowych przednich dolnych i okolic. W bardzo krótkim czasie, praktycznie z dnia na dzień bóle zaczęły się nasilać i obejmowały coraz to inne stawy, pojawiały się kilkukrotne ataki gorączki dochodzące prawie do 41°C. W międzyczasie lekarz stwierdził zaczerwienienie gardła, brałem antybiotyki, które mi tylko zaszkodziły i diklofenak, jednak bóle i obrzęki stawały się coraz mocniejsze. W końcu 6 czerwca z powodu bardzo wysokiej gorączki, która trwała przez kilka dni i nie przechodziła mimo leków, trafiłem do szpitala. Przebywałem w nim do 17 czerwca. Tam dostałem naproksen, który słabo zadziałał, pojawiły się bóle w nowych miejscach. W badaniach krwi wyszło: OB: 90-120-122; CRP: 155-217-137-68-67; Hemoglobina: 13,1-11,3 g/l; leukocyty: 14,6-11,9. Miałem wykonaną punkcję kolana lewego – 50 ml płynu. Lekarze nie potrafili mnie jednoznacznie zdiagnozować. Mieli podejrzenie spondyloartropatii zapalnej. 20 czerwca trafiłem do specjalistycznego szpitala reumatologicznego. Byłem tam do 15 lipca. Badania morfologiczne: OB: >115,>115,111, 113/h; CRP: 116, 78, 49, 59; Hemoglobina: 11.7-11-11,2-11,8-11,8; Leukocyty: 10,2-15,1-13,5-13,6-15,6; Płytki krwi: 604, 605, 560, 519. Stwierdzono Antygen HLA B-27. Kreatynina: 0,77-0,68-0,67 mg/dl. Podano mi takie leki, jak: Encorton, sulfasalazyna, a przed wypisem 2x Solu medrol po 500 mg, po którym nastąpiło bardziej wyraźnie zmniejszenie bólów w stawach. Ból podczas pobytu w pierwszym i drugim szpitalu (w drugim na początku tylko) był często nie do zniesienia. Wypisano mnie jeszcze bez jednoznacznej diagnozy. Wróciłem do szpitala 8 sierpnia i przebywałem do 24 sierpnia. Badania morfologiczne: OB: 56-28/h; CRP: 11,8-2,9; hemoglobina: 12,8-13,3; leukocyty: 11,1-12,3; płytki krwi: 378-350. Nastąpiła znaczna poprawa. Zdiagnozowano u mnie Zesztywniające Zapalenie Stawów Kręgosłupa. 14.10.2011r.: OB: 5 mm/h; reszta wyników w normie. Brałem dalej leki przepisane przez lekarza. 16.02.2012r.: OB: 7 mm/h, reszta w normie. 17.05.2012r.: OB: 3 mm/h – wszystko w normie. W 2012 roku odstawiłem Encorton całkowicie w lipcu/sierpniu i już nie wróciłem do niego. 6.11.2012r.: OB: 2 mm/h, wszystko w normie. 23.12.2012r.: OB: 2 mm/h, wszystko w normie. Wierzcie mi, mimo że wyniki miałem w normie to stawy mnie nadal bolały, chociaż stopniowo coraz mniej. Ból na krótki czas całkowicie ustąpił w kwietniu 2013 roku, wtedy to całkowicie leki odstawiłem, ale ból potem wrócił i leki również zacząłem znowu brać (chodzi o Sulfasalazynę). 4.09.2013r. Wszystkie wyniki w normie – wtedy znowu czułem się zdrowy, aż do połowy stycznia 2014 roku, kiedy brałem 1 tabletkę sulfasalazyny dziennie. Po pogorszeniu swojego stanu znowu zacząłem leki brać (w 2013 roku zacząłem studiować na sportowej uczelni, zaryzykowałem), jednak już mi przestały pomagać. Znalazłem się w „czarnej dziurze”, ponieważ studiowałem na sportowej uczelni, gdzie miałem zajęcia sportowe, a leki nie pomagały i nie wiedziałem co robić. Przez ta sytuację zacząłem się interesować naturalnymi metodami leczenia. Mniej więcej w kwietniu zacząłem pić odwar z kory Lapacho przez kilka miesięcy w dużych ilościach. Leki oczywiście cały czas brałem. Po ok. kilka tygodniach picia tego odwaru nastąpiła poprawa. Wraz z poprawą mojego stanu odstawiłem do ok. 7 maja wszystkie leki, do których już nie powróciłem (oprócz sporadycznie zażywanych leków przeciwbólowych). Potem zacząłem stosować inne kuracje, z dobrym skutkiem, jednak daleko mi było od powrotu do zdrowia. 20.06.2014r.: OB: 20 mm/h, reszta w normie. Zacząłem stosować lewatywy zwykłe (z wodą i sokiem z cytryny) i urynowe. Według mojego odczucia lewatywy urynowe miały najlepszy skutek.
Następnie rozpocząłem serię płukań wątroby.

Na początku listopada 2014 roku zastosowałem pierwsze oczyszczanie wątroby oliwą i sokiem z cytryny. Wcześniej (czerwiec i lipiec) 2 razy przeprowadziłem oczyszczanie sokiem jabłkowym wg Tombaka, coś tam czarnego wyszło, ale generalnie nic specjalnego.
Na początku listopada (podczas pełni) – płukałem wątrobę wg Nieumywakina – oliwą i sokiem z cytryny (ok. 150 ml oliwy i soku) – po lewatywach wyszła jakaś stara żółć i czarne drobne kamyczki – po 2 płukaniach odczułem poprawę samopoczucia.
Początek grudnia – płukanie wątroby wg Nieumywakina, ale tylko jedno płukanie, z tego co pamiętam to po lewatywie urynowej nic nie wyszło, po kilku godzinach zrobiłem lewatywę z wody – coś tam wyszło, ale nic ciekawego – praktycznie sama ciecz z żółcią, po 2-3 dniach po płukaniu coś mnie po południu wzięło i się wypróżniłem, wyszły znowu drobne czarne kamyczki i jakieś białe, więcej nie widziałem.
2015 rok:
Początek stycznia – wg Huldy Clark – bez lewatywy (sól gorzka – środek przeczyszczający) – wyszło tylko trochę żółci, reszta woda.

29 stycznia rozpocząłem swoją pierwszą dłuższą głodówkę (wcześniej przed Wigilią zeszłego roku przez 3 dni nic nie jadłem, ale nic specjalnego nie zauważyłem). Przebieg pierwszej dłuższej głodówki:
1 dzień: (29.01.)
Pobudka o 9.00. Wstałem mniej więcej o 9.30, o 10.00 wypiłem 50 g. rozcieńczonego siarczanu magnezu w 2 szklankach ciepłej wody. Przeczyszczenie nastąpiło po godzinie. Waga ciała po przeczyszczeniu ok. 51,5 kg. Samopoczucie normalne. Dolegliwości: ból i sztywność karku z ograniczoną ruchomością, ból żeber, okolic lędźwiowego kręgosłupa, lewego kolana, prawego biodra i prawej kości udowej oraz okolic lewej pięty. Przeczyszczenie trwało praktycznie cały dzień. Poszedłem spać o 0.30.
2 dzień: (30.01.)
Pobudka o 9.20. Zaczynam stosować urynoterapię wewnętrznie. Smak moczu słony. Dolegliwości bólowe trochę się zmniejszyły. Waga po lewatywie ok. 51 kg, przed lewatywą wyszło trochę ciemnego oleistego brudu, po lewatywie również. Samopoczucie normalne. Wieczorem nasilił się ból i sztywność karku. Poszedłem spać o 0.15.
3 dzień: (31.01.)
Pobudka o 9.20 lecz od 10 do 11:25 odpoczywałem. Samopoczucie średnie. Dolegliwości bólowe bez większych zmian. Smak moczu coraz bardziej intensywny (gorzkawo-ostry). Waga ciała ok. 50,5 kg. Wieczorem ból się trochę zmniejszył, kręgosłup stał się bardziej giętki, ale potem ból zaczął się nasilać. Poszedłem spać o 2.30, lecz w ciągu dnia i wieczorem dużo odpoczywałem.
4 dzień: (1.02.)
Wstałem o 11.20. Samopoczucie średnie. Dolegliwości bólowe się trochę nasiliły. W ciągu dnia nastąpiła poprawa samopoczucia. Waga ciała ok. 50,2 kg. Po lewatywie wyszło dużo płynnego brunatno-zielonego syfu (wg mnie stara żółć i rozpuszczone woskowate kamyczki). Smak moczu jeszcze bardziej gorzkawo-ostry. Dużo odpoczywania. Poszedłem spać o 1.30.
5 dzień: (2.02.)
Wstałem o 10.40. Samopoczucie średnie. Dolegliwości bólowe się w dalszym ciągu nasilają. Smak moczu mniej gorzkawo-ostry. Od kilku dni czuje coraz większe pobolewanie w okolicy wątroby. Waga ciała ok. 49,9 kg. Po lewatywie wyszło to samo co wczoraj. Ciężko znosiłem ten dzień, jednak wieczorem samopoczucie się poprawiło. Poszedłem spać o 23.45.
6 dzień: (3.02.)
Wstałem o 10.30. Samopoczucie średnie – od początku głodówki ciągle odczuwam osłabienie. Dolegliwości bólowe – lekka poprawa. Smak moczu bez większych zmian. Nadal czuję pobolewanie w okolicy wątroby. Około 0.30 położyłem się spać, lecz zasnąłem po 1-2 godzinach, gdzie mocno w tym czasie czułem okolice wątroby (jakby jakiś intensywny proces tam zachodził).
7 dzień: (4.02.)
Wstałem o 11.00. Samopoczucie średnie – czuje coraz większe osłabienie, z dużym wysiłkiem się poruszam. Dolegliwości bólowe w obrębie stawów bez większych zmian, za to ból i sztywność karku wyraźnie się nasiliły (dolegliwość ta pojawiła się 2 miesiące temu). Okolice wątroby nadal pobolewają. Smak moczu średnio gorzki – słabszy, niż wczoraj. Smak moczu jest bardzo intensywny, kiedy pije mało wody. Waga ciała ok. 49,4 kg. Po lewatywie wyszło to samo co po porzedniej – odór niesamowity. Poszedłem spać po 23, leżałem przez 1-1,5h na plecach, czując przy tym pracę wątroby, po czym zasnąłem.
8 dzień: (5.02.)
Wstałem o 11.00. Samopoczucie trochę lepsze. 2-3 dni temu pojawiło się kilka pryszczy na twarzy i plecach. Czuć okolicę wątroby, ale nie aż tak jak w nocy z 6/7 dnia głodówki. Dolegliwości bólowe w dalszym ciągu się nasilają. Od 3-4 dni czuje kłucie pod sercem, występuje tylko, kiedy leżę na plecach i czuje zarazem pracę w okolicy wątroby. Bardzo dużo odpoczywałem tego dnia. Wieczorem dolegliwości ze strony wątroby i stawów się nasiliły – wątrobę czułem mocniej, niż w nocy z 6/7 dnia głodówki. Samopoczucie się wyraźnie pogorszyło, nie spałem praktycznie całą noc. Czuć było pobolewanie w okolicach nad kroczem i w lewej górnej strony brzucha.
9 dzień: (6.02.)
Wstałem już po 9. Samopoczucie niezbyt dobre, jestem wyraźnie osłabiony. Dolegliwości bólowe bez zmian. Nadal czuję okolicę wątroby, ale trochę się tam uspokoiło. Waga ciała 47,9 kg (przez ostatnie 2 dni piłem bardzo mało wody). Po lewatywie wyszło to samo co wcześniej, jednak o intensywniejszym kolorze. Wyszło również trochę różnego rodzaju drobnych resztek. Smak acetonu w ustach praktycznie zmalał do zera. Tak jak wczoraj bardzo dużo odpoczynku, w nocy znowu czuć pobolewanie i wibrowanie okolic wątroby, kłucie pod sercem i ból w niektórych miejscach w brzuchu. Nie wiem kiedy zasnąłem, pewnie gdzieś po 1 w nocy.
10 dzień: (7.02.)
Obudziłem się już po 9 w miarę wyspany, jednak leżałem do wpół do 13 czując to, co wczoraj w nocy. Samopoczucie średnie. Zacząłem znowu pić mocz po 2-dniowej przerwie, lecz jego smak jest nadal intensywny. Dolegliwości bólowe trochę się nawet nasiliły, wieczorem zmalały. W tym samym czasie samopoczucie się trochę poprawiło i czułem przypływ energii (wg mnie homeopatyczne działanie moczu). W nocy jednak czuć było znowu intensywną pracę w okolicach wątroby. Zasnąłem chyba dopiero po 2.
11 dzień: (8.02.)
Obudziłem się wpół do 9, wstałem wpół do 11. Samopoczucie lepsze niż wczoraj o tej porze, jednak dolegliwości bólowe się nasiliły. Aktualnie nadal mocno boli mnie kark w dole podpotylicznym (wyraźnie mi puchnie od kilku dni, w ciągu dnia obrzęk maleje), jedno żebro i średni ból prawej kości biodrowej. Waga ciała ok. 47,8 kg (zacząłem pić więcej wody). Po lewatywie wyszło dokładnie to samo co po poprzedniej. Po odpoczynku po lewatywie samopoczucie się poprawiło. Wypiłem mocz – smak zbliżony do wody. Język jest jednak nadal mocno biały. Położyłem się spać po 23 – wątroba jak zwykle o tej porze zaczęła pobolewać, zasnąłem ok. 1-2 w nocy. W ciągu dnia po odpoczynku na łóżku sztywność i ból karku potrafiły
prawie zupełnie zniknąć, jednak potem się znowu wzmagały.
12 dzień: (9.02.)
Wstałem o 10. Samopoczucie coraz lepsze, osłabienie fizyczne również się zmniejsza. Dolegliwości bólowe i sztywność ze strony karku trochę się zmniejszyły. Wypiłem mocz nad ranem – bardzo gorzki (był dosyć mocno stężony). O 16 zaczynam regenerację.
Okres regeneracji: (pisany 11 dnia regeneracji – 20 lutego)
Przez pierwsze dni regeneracji bardzo mało spałem, potrafiłem zasnąć o 23 i wstać przed 4 nad ranem, bóle podczas wychodzenia z głodówki zaczęły się nasilać, wątroba w dalszym ciągu się przeczyszczała. Pierwszego dnia regeneracji jadłem surówki, odczuwałem ból zębów w miejscach wypełnień amalgamatowych przez pierwsze dni, potem to przeszło. Piłem nieprzefiltrowany sok jabłkowy. Miałem mocną blokadę jelita grubego (wg mnie za dużo jadłem), co powodowało duży dyskomfort i bezsenność. Naciskając na okolice jelita grubego odczuwałem dużą twardość brzucha. Żeby odblokować jelito grube musiałem poświęcić 3 dni na lewatywy, pierwsza była z przegotowaną wodą i łyżką octu jabłkowego, nawet nie wlałem w siebie 250 ml, a już zaczęło się silne parcie, powtórzyłem wlewanie jeszcze 3 razy podczas pierwszej lewatywy jednak było ciągle to samo, jelito grube oczyściłem tylko częściowo (odcinek zstępujący). Drugiego dnia lewatywy użyłem własny mocz, silne parcie zaczęło się znowu po 250ml i wlewanie znowu jeszcze 3 razy powtórzyłem, jednak nadal czułem, że jelito grube nie było oczyszczone. Dalej wychodziły zanieczyszczenia (z wątroby?), a najbardziej zwróciło na mnie uwagę papka, która była wynikiem picia nieprzefiltrowanego soku jabłkowego. Trzeciego dnia lewatywy (z 1 litra własnej uryny) co prawda z trudem, ale udało mi się wpuścić cały litr i wytrzymać chyba nawet z 10 minut. Po lewatywie w końcu odczułem, że mam opróżnione jelito grube. Czułem, że wątroba z każdym kolejnym dniem regeneracji coraz mniej się oczyszczała. Po pierwszych dniach regeneracji mój sen przedłużył się do 7-8 godzin, kiedy coraz więcej zacząłem jeść. Po pierwszych dniach regeneracji, kiedy bóle stawów się nasiliły, potem zaczęły powoli ustępować. Podczas regeneracji jadłem w miarę normalnie, zgodnie z siłą odczuwania głodu (3 posiłki dziennie, do 10 dnia rano jadłem surowe owoce, z kolejnym dniem coraz więcej, na obiad gotowane warzywa i kasza gryczana/jaglana – kaszy raczej niewiele więcej z kolejnym dniem, natomiast więcej warzyw, na kolacje do 6 dnia same gotowane warzywa, też coraz więcej z każdym kolejnym dniem, od 7 dnia dodałem orzechy ziemne i/lub włoskie do kolacji, jadłem je stopniowo coraz więcej). W 11 dniu regeneracji moja waga wynosiła ok. 48,5 kg, więc przytyłem 1 kg, jednak zauważyłem, że dużo tłuszczu mi się spaliło w czasie regeneracji, najwięcej w okolicach pośladków i ud, z brzucha tylko trochę (najwięcej w czasie głodówki), zrobiłem tego dnia również badania krwi, oto co wyszło: OB: 21 mm/h, CRP 13 mg/l, bilirubina całkowita 0,3 mg/dl (norma 0,0 – 1,0; dla 20 latka) – wniosek: głodówka i okres regeneracji solidnie przeczyściły moją wątrobę, jednak dzisiaj (11 dnia regeneracji) wieczorami nadal coś mnie pobolewa, powinienem chyba jeszcze kilka razy przeprowadzić kurację oczyszczania wątroby. Pozatym badania krwi w granicach normy – krwinki białe 6,7; krwinki czerwone 5,11; hemoglobina 14,7 g/dl (norma 14 – 18 ); płytki krwi 310 (norma 140 – 400). Ogólnie występuje nadal ból i sztywność karku, ale w mniejszym stopniu, niż pod koniec głodówki. Obrzęk po kilku dniach regeneracji znacznie zmalał, potem czasem lekki się pojawiał – tak jak dzisiaj po lewej stronie. Przykurcz między biodrem a udem – wyraźny ból przy zginaniu i prostowaniu uda, dosyć mocny ból prawej kości udowej (boli jak np. siedzę i ciężar ciała przekładam na prawą stronę), średni ból lewego kolana i chyba lekki ból jakiegoś żebra (chyba, bo miałem wczoraj zajęcia na uczelni z lekkoatletyki i odczuwam „zakwasy” praktycznie na całym ciele, trudniej jest mi rozróżnić bóle w okolicy pleców). Generalnie wczoraj na lekkoatletyce dawałem sobie radę, po rozgrzewce przykurcz między biodrem, a udem znacznie ustąpił, mogłem nawet biegać sprintem. Jednak czułem, że brak mi kondycji i łatwo się męczyłem, wyraźnie odstawałem od grupy. Zdecydowanie nie zregenerowałem się jeszcze i może mi to długo jeszcze potrwać. Wieczorem w dniu zajęć z lekkoatletyki bóle się nasiliły, dzisiaj z rana również były wyraźnie mocniejsze, niż porównując dzień poprzedni. Wieczorem zaczęły ustępować. Zajęcia z lekkoatletyki nieźle mnie rozruszały i dlatego bóle się nasiliły, możliwe że wyniki z OB i CRP również mogły być z tego powodu trochę wyższe. Pojedyńcze pryszcze na twarzy nadal się pojawiają, ale jest ich znacznie mniej, niż przed głodówką. Jednak wg mnie wątroba nie jest całkowicie oczyszczona. Moja waga ciała ledwo co ruszyła, do żywienia nie włączyłem jeszcze nawet roślin strączkowych i nabiału, mój apetyt jest coraz większy.
25 lutego:
Wczoraj wywnioskowałem, że ilość jedzenia zjadanego po okresie głodówki była zbyt duża. Skąd to wiem? Do toalety musiałem chodzić przynajmniej kilka razy dziennie, mój brzuch był mocno nabrzmiały (przez jedzenie), w dodatku czułem się ospały, ociężały i miałem gorszy sen. Co zrobiłem? Ułożyłem sobie jadłospis zgodnie z zaleceniami Małachowa: Rano owoce (według zapotrzebowania+jednorazowo łyżka octu jabłkowego i miodu), na obiad 200g. warzyw+źrodło skrobii (kasza, ryż, soczewica) – 20% skrobii z mojego dziennego bilansu (np. ok. 50g. Kaszy), na kolację 200g. warzyw+ząbek czosnku+100g. Ryby na parze/twarogu śmietankowego/jajek/orzechów ziemnych. Między śniadaniem, a obiadem, oraz obiadem, a kolacją w razie uczucia głodu jem surowe owoce. Rano po przebudzeniu piję szklankę wody z 10 kroplami h2o2 (3%). Ten jadłospis zacząłem dopiero dzisiaj, więc o wnioski za wcześnie. Co się zmieniło przez kilka dni? Od kilku dni piję po łyżce octu jabłkowego, rano po wypiciu szklanki wody z 10 kroplami h2o2 (3%) rozciągam mięśnie i rozruszam stawy przez ok. 30 minut – powolna poprawa (aktualnie lekki przykurcz między lewym udem, a biodrem, ból jakiegoś żebra, ból prawej kości udowej, oraz w dalszym ciągu ból, sztywność i obrzęk karku).
6 marzec:
Po ostatnim wpisie, jakoś 26/27 lutego zacząłem suplementację produktem, który w składzie zawiera skoncentrowane soki z różnych warzyw i owoców oraz ich miąższ, pestki i skórki (przed śniadaniem 1 łyżeczka i 15 minut przed kolacją. 27 lutego zacząłem pić 3 razy dziennie odwar z korzenia lukrecji. Prawdopodonie w wyniku picia tego odwaru mój mocz stał się czasem mętny (szczególnie po porannej toalecie). 2 marca do dzisiaj piję dziennie około litr soku jabłkowego (przefiltrowanego, domowego – tym razem żadnych rewolucji w przewodzie pokarmowym nie miałem). Przez ten czas mój apetyt się stale zwiększa, np. z 50g. Kaszy mogę zjeść teraz spokojnie 70g., potrafię na kolacje zjeść 300g surówki i 0,5kg twarogu śmietankowego, nie czując ociężałości, poza tym zwiększa się wydolność organizmu, pryszcze praktycznie przestały się pojawiać, jednak nadal czasami pojedyncze powstają (wskazuje to na to, że wątroba jest nadal zanieczyszczona), ból stawów w uśrednieniu nadal się zmniejsza. Dzisiaj wykonałem lewatywę urynową – spory smród, pewnie z wątroby coś wychodzi (dzisiaj będę przeprowadzać oczyszczanie wątroby, przygotowanie do oczyszczania pewnie zrobiły swoje – picie soku jabłkowego i odwaru z korzenia lukrecji). Waga po lewatywie tylko 49 kg., coś opornie mi ta waga idzie, ale apetyt mam coraz większy, więc powinno niedługo coś ruszyć.

Tego dnia również płukałem wątrobę - metodą Moritza – w trakcie przygotowania czuć było jakby coś się działo w okolicach wątroby, która pobolewała czasem, chciałem tutaj zwrócić uwagę na to, że byłem po 12-dniowej głodówce (minęło ok. 3 tygodni) w której wątroba się mocno przeczyściła, poza tym nerki, część pasożytów została zlikwidowana, odżywiałem się praktycznie wegetariańsko, skromnie, rozdzielnie. Pryszcze jednak nadal się pojawiały. Wypiłem ok.100-125 ml oliwy i soku z cytryny i zażyłem do tego 5 kapsułek (po 250mg) ornityny. Opornie szło mi picie mieszanki, odczuwałem dosyć mocne mdłości, jednak położyłem się i zasnąłem jakoś po 0,5 – 1h i czasami się budziłem – przed północą, potem przed 3, a potem przed 6, kiedy to już wstałem. W nocy spałem, generalnie czułem jakby coś się przemieszczało w okolicach wątroby, po każdym przebudzeniu mdłości stopniowo ustępowały. Czułem się znacznie lepiej budząc się rano, niż po poprzednich oczyszczaniach. Czułem się całkiem dobrze, dopiero po 8 zacząłem odczuwać, że w jelicie grubym coś zalega i nie może ze mnie wyjść, sól gorzka ogólnie zadziałała słabo, wypróżniłem się trochę po 8.30, ale byłem nieźle zaskoczony jak zobaczyłem co ze mnie zaczęło wychodzić – białe, czarne bardzo drobne kamyczki oraz zielone kamienie (cholesterolowe?) – średniej i małej wielkości. Ok. 10.30 zrobiłem lewatywę z 1,2l wody i łyżki octu jabłkowego, wyszło ze mnie dużo brunatnej cieczy, drobnych białych i czarnych twardych kamyczków oraz małej i średniej wielkości zielonych kamieni. Po dłuższym czasie moja wątroba się „odblokowała”, wg mnie jest to zasługa przeprowadzonej głodówki i pory roku. Za miesiąc powtarzam kurację.
Okres między 6 marcem, a 3 kwietnia – przez ten czas piłem z rana szklankę herbaty z dziurawca, jadłem dużo owoców – czuć było cały czas przemieszczanie się w okolicach wątroby, z której ciągle wychodziło trochę zanieczyszczeń – piasek, drobne białe kamyczki i żółć. Tydzień przed zacząłem przygotowanie do oczyszczania i wątroba zaczęła silniej „pracować”. Im bliżej następnego oczyszczania tym coraz więcej pryszczy się pojawiało.
3 kwietnia:
Płukanie wątroby. Do głównego płukania wątroby przygotowałem około 170ml oliwy z oliwek i trochę mniej soku z cytryny. Wypiłem mieszankę za jednym razem, jednak nie dałem rady wypić całości i zostało mi około 70ml mieszanki, z czego pewnie 35ml oliwy, więc pewnie wypiłem około 135ml samej oliwy. Wziąłem do tego 6 kapsułek 250 mg ornityny i natychmiast położyłem się na plecach z termoforem. Na początku czułem się całkiem dobrze, jednak potem coraz gorzej – budziłem się w nocy kilka razy, miałem lekkie mdłości - jednak przeszło mi następnego dnia około południa. Wstałem o 6 rano i czułem się całkiem nieźle. Około 8 wziąłem gorącą kąpiel, a o około 8.30 zaczęło się przeczyszczanie jelit. Zaczęło wychodzić sporo dużej wielkości (0,5 – 2 cm) zielonych kamyczków oraz sporo drobnych miękkich białych kamyczków. Po godzinie zrobiłem lewatywę urynową z 1 litra własnej uryny i wyszło jeszcze trochę białych kamyczków i kilka zielonych. Czułem się lepiej. Około 11.30 wypiłem 0,5 litra soku z marchwi.
Okres między 3 kwietnia, a 3 maja – przez ten czas stopniowo zmniejszałem dzienną podaż kcal, do chwili, kiedy przestały mnie dokuczać dolegliwości z powodu np. ociężałości po spożyciu ponad 100g kaszy, albo wzdęcia, wiatry i zaparcia po jedzeniu zbyt dużej ilości owoców na śniadania, a także orzechów na kolację. Odkryłem również, że kiedy dodaje do kaszy sporą ilość przypraw (koper włoski, biała gorczyca, curry) to dostaję zgagi – najmocnej po kaszy jaglanej, najsłabszej po kaszy gryczanej. Po naprawieniu tych błędów (dopiero mniej więcej tydzień przed następnym oczyszczaniem) wszelkie wyżej opisane dolegliwości zniknęły. (Jednak po dłuższych przemyśleniach to sama kasza, i to niezależnie jaka, powoduje u mnie zgagę). Dodatkowo bóle stawów się również zmniejszyły. W międzyczasie zacząłem wykonywać ćwiczenia siłowe, czułem się coraz lepiej. W tym okresie piłem do tygodnia po poprzednim oczyszczaniu dziurawiec, następnie lukrecję, a tydzień przez zacząłem pić kocankę piaskową.

4 kwiecień:
Chciałbym zakończyć wątek głodówki i ją podsumować. Co mi dała głodówka? Na pewno dobrze przeczyściła się wątroba i nieco nerki, jednak jeśli chodzi o stawy to efekty są słabo zauważalne (najwidoczniej organizm skupiał się na ważniejszych rzeczach - po wczorajszym oczyszczaniu wątroby, z której wyszło sporo dużej wielkości (przynajmniej 0,5 cm do nawet 2cm) zielonych i drobnych białych miękkich kamyczków, doszedłem do wniosku, że organizm wziął się przede wszystkim za zanieczyszczoną wątrobę). Poza tym zmieniłem nawyki żywieniowe, ochota na zjedzenie czegoś niezdrowego znacznie zmalała, ale jednak nadal mnie czasem kusi, jednak spokojnie wytrzymuję, zacząłem wstawać i iść spać zgodnie z naturalnym biorytmem organizmu (5-6 czasu lokalnego i około 21). Przez ten czas odżywiałem się rano jak zwykle owocami, dołączyłem 2 tygodnie temu pierzgę w miodzie, na obiad warzywa duszone + skrobia – aktualnie około 130 - 150g. Kaszy/ryżu, a na obiad najczęściej warzywa duszone + orzechy ziemne w granicach 150g. Jednak mimo coraz większego apetytu moja waga nadal nie chce iść do góry, może to przez silną blokadę wątroby. Zobaczę co się stanie po wczorajszym jego oczyszczeniu.

3 maja:
Płukanie wątroby. O 20:00 wypiłem ok. 150 – 155 ml oliwy z oliwek i ¾ szklanki soku z cytryny + 4 kapsułki ornityny (250 mg jedna). W dniu płukania nie najlepiej się czułem, dzień wcześniej trochę przecholowałem z wysiłkiem fizycznym, dlatego też oczyszczanie to zapewne miało trudniejszy przebieg, niż poprzednie. Odczuwałem dosyć silne mdłości w nocy, mało spałem, ale nie zwymiotowałem, mdłości ustąpiły dopiero po południu następnego dnia. Czułem się mocno osłabiony, niż poprzednim razem. Sól gorzka zaczęła działać następnego dnia już zaraz po wstaniu (ok. 6:30). Na początku wychodziło sporo płynu podobnego do mazutu (pewnie rozpuszczone kamienie i dużo żółci – sam smród) i kilka bardzo drobnych zielonych kamyczków. Potem było mniej tego płynu, natomiast więcej wyszło zielonych kamieni (kilka sporej wielkości i trochę więcej małych i bardzo małych), generalnie kamieni tych wyszło mniej, niż przy poprzednim płukaniu. Po wypitym soku z marchwi poczułem się znacznie lepiej.
Okres między 3 maja, a 31 maja – zacząłem pić dziennie około 0,4 litra dziennie soku z marchwi przed obiadem, w połowie maja, kiedy zauważyłem, że po małej ilości jedzenia chudłem i coraz bardziej mi ssało w żołądku, postanowiłem dodać 1 posiłek między śniadaniem, a obiadem, i zwiększyłem dwukrotnie ilość kalorii w posiłkach. W tym okresie zacząłem również pić 2 szklanki dziennie herbaty z lukrecji oraz 5 – 7 łyków własnego porannego moczu. Mimo, że zacząłem w końcu przybierać na wadzę, to niestety zwiększona ilość owoców powodowała u mnie wzdęcia i gazy, a po zjedzeniu kaszy jaglanej bez żadnych przypraw – zgaga (kiedy jadłem jej dwukrotnie mniej, to nie odczuwałem zgagi, prawdopodobnie dla mnie kasza ta jest po prostu ciężkostrawna).
31 maja:
Płukanie wątroby. O 21:00 wypiłem około 150 ml oliwy z oliwek i ¾ szklanki soku z cytryny + 5 kapsułek ornityny. W dniu płukania niestety zjadłem dość obfite śniadanie i obiad, co spowodowało (mimo, że ostatni posiłek przed płukaniem zjadłem do 13.30) to nawet do 21 czułem, że coś mi zalega w żołądku i miałem ogromne wzdęcia (następnym razem będę musiał w dniu płukania jeść o wiele skromniej). Ponadto, sól gorzką wypiłem ok. 3,5 godziny po posiłku, a powinno się co najmniej 4,5 godziny, co mogło też spowodować ww. dolegliwości. Bardzo źle spałem w nocy, obudziłem się już ok. 4 rano z dosyć mocnymi mdłościami, ale wytrzymałem. O 6.40 wypiłem porcję soli gorzkiej. Przy wypróźnianiu na początku wychodziło bardzo dużo brunatno-żółtego syfu (pewnie poprzednie jedzenie w postaci ryżu brązowego, oraz prawdopodobnie zastała żółć), na koniec trochę rozpuszczonych kamyków i nierozpuszczonych – trochę drobnych białych i zielonych, mniej, niż poprzednim razem.
1 czerwca:
Nie wiem co mnie natchnęło, ale zdecydowałem się dzień po płukaniu zrobić drugie płukanie. W tym dniu zjadłem tylko obiad, którego objętość była dwukrotnie mniejsza. Po 4 - 4,5 godzinach po obiedzie zacząłem pić gorzką sól. O 22.30 wypiłem mieszankę około 150 ml oliwy z oliwek i ¾ szklanki soku z cytryny + 8 kapsułek ornityny. Mimo, że w tym dniu zjadłem mniej, niż wczoraj, to i tak miałem wzdęcia, i to po wypiciu soli gorzkiej, więc możliwe, że przyczyna tkwi tutaj. Poza tym wszystko przebiegało sprawnie, w nocy miałem jedynie lekkie mdłości. Około 8.30 następnego dnia w pewnym momencie poczułem się niedobrze (nie zwymiotowałem jednak) i zaraz potem wszystko wydaliłem – brunatny płyn i pełno drobnych ciemno i jasno zielonych kamyczków, i trochę o jaśniejszym kolorze (brązowy i biały).
3 lipiec:
Płukanie wątroby. Standardowo – 150 ml oliwy z oliwek + ¾ szklanki soku z cytryny + 8 kapsułek ornityny (wypiłem wszystko – o ok. 20.40). Jednak w nocy niezbyt dobrze się czułem, średnie mdłości – przeszło mi dopiero ok. 9 rano. Przeczyszczenie nastąpiło już z rana (ok. 6 – 7), na początku wyszło poprzednie jedzenie, a potem sporo zanieczyszczeń z wątroby o płynnej konsystencji i nieco drobnej wielkości kamyczków w różnych kolorach (najwięcej ciemno zielonych, potem brunatnych) – jednak znacznie mniej, niż po poprzednich płukaniach. Mimo, że pod koniec wyszło kilka dużej wielkości zielonych kamieni, to i tak prawdopodobnie zbliżam się do końca oczyszczania. Spodziewałem się takiego rezultatu. Zapewne wystarczą jeszcze ze 2 – 3 oczyszczania, żeby się ich całkowicie pozbyć.

Okres pomiędzy wpisem o głodówce z 4 kwietnia, a początkiem drugiej głodówki 21 lipca:
Moje postępowanie po ostatniej notce (4.04.2015r.) zaczęło się zmieniać – zacząłem coraz więcej jeść, kierując się przede wszystkim poczuciem głodu. Doszedłem do wniosku, że po prostu za mało jadłem (po 4.04.2015r.), więc dlatego nie przybierałem na wadze, a nawet chudłem. Dodatkowo wydaje mi się, że miałem za bardzo skurczony żołądek, ponieważ po zwiększeniu jedzenia apetyt mi stale rósł i mogłem stopniowo jeść coraz więcej. Po 2 – 3 miesiącach potrafiłem zjeść na obiad 250g. brązowego ryżu. Podczas zwiększania wagi (do ok. 56 kg w 1 połowie lipca) apetyt zaczął się normować i się ustabilizował. Jeśli chodzi o stawy – zauważyłem, że im więcej się ruszam, tym stawy mniej bolą (szczególnie na świeżym powietrzu i jak świeci do tego Słońce). Jak się nie przejadam i kontroluje swój apetyt to też ból się zmniejsza. Również, kiedy się wyśpie, albo zdrzemnę w ciągu dnia jak mi się chce spać, to po takim odpoczynku ból się znacznie zmniejsza.
Przygotowanie do głodówki: 2 – 1,5 tygodnia przed głodówką żadnych używek, przypraw, a dieta wegańska + miód (niektórzy zaliczają miód do wegetarianizmu). 2 dni przed głodówką same warzywa + owoce + miód. 20 lipca o 16 ostatni posiłek. O 18 wypiłem 2 szklanki wody z rozpuszczoną solą gorzką (25g na szklankę wody). Między 19, a 20 wypiłem litr wody mineralnej. Po 20 nastąpiło przeczyszczenie, które trwało falami prawie do południa następnego dnia. Przez to przeczyszczenie niestety budziłem się w nocy przynajmniej kilkakrotnie i się nie wyspałem, chociaż położyłem się ok. 21 i wstałem o 9 następnego dnia. Kiedy spałem, chyba z 4 razy miałem sen, że coś jem, a były one tak realistyczne, że myślałem, że naprawdę się to dzieje. Dopiero pewien czas po przebudzeniu zdałem sobie sprawę, że to był tylko sen.
Przebieg drugiej dłuższej głodówki:
1 Dzień: (21.07.)

Wstałem ok. 9 niewyspany. Jednak czułem się dobrze, ale nie chciało mi się wstawać przez brak energii. Waga po przeczyszczeniu wynosi ok. 54 kg. Dolegliwości bólowe: lekki obrzęk karku i sztywność, ból jednego żebra, stawów krzyżowo-biodrowych przy zginaniu ciała do tyłu, ból prawego barku i dużego palca prawej nogi. Ból karku trochę zmalał od wczoraj (pewnie przeciwzapalne działanie soli gorzkiej). Poza tym lekki trądzik oraz łupież. Po południu wziąłem się trochę do roboty przy układaniu drzewa i sprzątaniu trocin. Ku mojemu zdziwieniu po jakimś czasie takiego ruchu czułem się coraz lepiej, jednak w końcu energia ze mnie wyszła i poszedłem się położyć. Po jakimś czasie zasnąłem (było to ok. 19), po godzinie się obudziłem, a następnie zasnąłem gdzieś koło 22. W międzyczasie odczuwałem dość silny głód, jednak wytrzymałem, ale wymęczyło mnie to.
2 Dzień: (22.07.)
W nocy zacząłem wyczuwać zapach acetonu z jamy ustnej, a na języku zaczął się pojawiać biały nalot, który robił się coraz większy. W nocy budziłem się kilkakrotnie, jednak wstałem po 8 w miarę wyspany. Poranny mocz był mocno kwaśny w smaku. Samopoczucie miałem trochę gorsze, niż wczoraj. Porozciągałem się (zauważyłem większą giętkość ciała) i poleżałem trochę na Słońcu. Następnie zrobiłem lewatywę z 500ml odparowanej do ½ pierwotnej objętości własnego moczu. Waga przed lewatywą wyniosła 53,4kg., po lewatywie również. Wyszedł ze mnie płyn o brunatno-żółtym zabarwieniu, jednak najbardziej ciekawy był intensywny zapach, który przypominał zapach spalonych włosów. Po lewatywie poczułem się trochę lepiej. Dolegliwości bólowe i sztywność karku odziwo się trochę zmniejszyły (może to wynik wczorajszej sporej ekspozycji na Słońce i solidnego wysiłku fizycznego), poza tym ból prawego barku, jednego żebra i dużego palca prawej nogi minimalnie się zmniejszyły. Dodatkowo przy wdechu zaczął mi dokuczać ból drugiego żebra.
Od początku głodówki dużo spałem i odpoczywałem, po południu wziąłem się za wysiłek fizyczny – dzisiaj, tak samo, jak wczoraj musiałem się trochę do niego zmusić, jednak po jakimś czasie przystosowałem się do niego i czułem się coraz lepiej. Nie spodziewałem się, że będę się tak dobrze czuł zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Może to być również efekt długiego przebywania na świeżym powietrzu. Czasami można odnieść wrażenie, jakby się w ogóle nie było na głodówce. Podczas poprzedniej głodówki czułem się znacznie gorzej – może dlatego, że o wiele więcej czasu spędzałem przy komputerze, niż na dworzu, w dodatku wtedy jeszcze byłem znacznie bardziej zanieczyszczony, niż teraz. Położyłem się spać po 21.
3 Dzień: (23.07.)
Niestety nie spało mi się zbyt dobrze, często się budziłem, dodatkowo już od wieczora poprzedniego dnia po położeniu się zaczął mi mocno dokuczać głód i byłem jakiś niespokojny – mocno waliło mi serce. Wstałem po 9. Dolegliwości bólowe bez większych zmian. Smak moczu coraz bardziej kwaśny, dodatkowo nie tylko poranny, ale także pozostały mocz w ciągu dnia też tak smakował. Samopoczucie miałem średnie – o wiele gorsze, niż wczoraj. Byłem mocno osłabiony zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Mimo tego rozciągnąłem się i trochę poruszałem, ale nadal nie odczułem większych zmian. Wziąłem gorącą kąpiel i dopiero wtedy poczułem się lepiej i położyłem się. Odpoczynek dobrze mi zrobił, jednak dopiero przed 15 doszedłem do siebie i czułem się lepiej. Zważyłem się koło 15 i waga wyniosła 52,3kg. (dzisiaj znacznie mniej chciało mi się pić i pewnie dlatego takie duży spadek). Praca serca się trochę uspokoiła. Zauważyłem stopniowe obniżenie odczuwania głodu. Położyłem się już o 19, po jakimś czasie zasnąłem i obudziłem się około 21 ze złym samopoczuciem. Nastąpiło lekkie przeczyszczenie, po którym poczułem się trochę lepiej, jednak zasnąłem chyba dopiero o 2 w nocy. Dodatkowo zauważyłem kłucie pod sercem, które przychodziło i odchodziło co jakiś czas.
4 Dzień: (24.07.)
O 5.30 się obudziłem i mimo że czułem się senny i niezbyt dobrze się czułem to wstałem po to, żeby wykonać lewatywę z 1 litra własnego moczu. Waga przed lewatywą 51,9kg, po lewatywie minimalnie niższa. Wyszło bardzo dużo brunatnego płynu o intensywnym zapachu spalonych włosów (bardziej intensywny, niż po poprzedniej lewatywie). Zauważyłem, mimo że to może być tylko subiektywne odczucie, to wydaje mi się, że po lewatywie z 1 litra uryny wychodzi więcej syfu, niż po odparowanej do ½ pierwotnej objętości, mimo że Małachow twierdzi, że w tym przypadku nie ma różnicy. Mogę się mylić, a może po prostu (wydaje się to nawet logiczne) organizm coraz silniej się oczyszcza wraz z czasem głodzenia się. Smak moczu w dalszym ciągu ma coraz bardziej kwaśny posmak. Po lewatywie wziąłem gorącą kąpiel i się położyłem około 7 rano. Przez jakiś czas spałem i się budziłem, w końcu wstałem po 9.30 trochę zregenerowany. Samopoczucie się poprawiło. Porozciągałem się jak zwykle, dzisiaj czułem się lepiej o tej porze, niż wczoraj. Dolegliwości bólowe minimalnie się nasiliły, w niektórych miejscach mniej boli, w niektórych bardziej, dodatkowo zauważyłem przykurcz w lewym stawie biodrowym, kiedy zginam udo do tyłu. Uczucie głodu praktycznie całkiem zanikło. Około 16 poruszałem się na orbiterku – mój wynik to 5,5km w ciągu 23 minut i 40 sekund. Powiem szczerze – przynajmniej w moim przypadku po prostu trzeba się zmusić do wysiłku fizycznego, nie ma innej rady. Ale jak się już zacznie, to po kilku minutach organizm wchodzi w jego rytm i zaczyna czuć się o wiele lepiej. Po takim rozruchu wziąłem gorącą kąpiel, potem się położyłem i po godzinie wstałem ze znacznie lepszym samopoczuciem. Wieczorem również czułem się dosyć dobrze psychicznie, jednak fizycznie jestem osłabiony. Coraz bardziej mi dokucza dziwnie kłucie pod sercem (przy poprzedniej głodówce też to miałem). Poszedłem spać po 22, jednak zasnąłem chyba dopiero po 2 w nocy.
5 Dzień: (25.07.)
Wstałem po 8 w miarę wyspany, jednak mocno osłabiony fizycznie i psychicznie, prawie jak 3 dnia. Mocz poranny miał tym razem bardziej gorzkawo-ostry smak. Waga ciała wyniosła ok. 51,3kg. Po 15 przejechałem się na orbiterku, tym razem 6,7km w czasie 28 minut 15 sekund. Poczułem się po wysiłku fizycznym i prysznicu lepiej. Wieczorem, kiedy położyłem się, byłem bardzo rozdrażniony, dodatkowo prawa noga, która czasami w ciągu nocy jest „nerwowa” (zespół niespokojnych nóg?), tym razem jeszcze nigdy mi tak mocno nie dawała we znaki. Mimo to po pewnym czasie zasnąłem, nie pamietam o której, jakoś po północy.
6 Dzień: (26.07.)
Spałem z przerwami do ok. 7.30 i wstałem wykonać lewatywę. W dalszym ciągu byłem osłabiony fizycznie, ale psychicznie jest trochę lepiej. Dolegliwości bólowe trochę się zmniejszyły, większość bólu ze stawów przeniosła się na kark, jednak obrzęku tutaj nie wyczuwam. Waga ciała: 50,8kg. Po lewatywie wyszło bardzo dużo jeszcze bardziej brunatnego płynu i o jeszcze intensywniejszym takim samym zapachu, jak po poprzedniej lewatywie. Następnie wziąłem gorącą kąpiel i się położyłem. Odpoczywałem do 11. Rozciągnąłem się i przewietrzyłem na dworzu (szkoda, że dzisiaj tak zimno i mocno wieje, ale przynajmniej napływa czyste powietrze). Zauważyłem, że razem z upływem dnia moje samopoczucie się poprawia. Jak na razie, niestety w dalszym ciągu nie jest zbyt dobre. Po 15 trochę rozruszałem się na orbiterku – 5km w czasie 22 minut 25 sekund. Przed orbiterkiem przepłukałem nos uryną i zrobiłem nacieranie górnej części ciała – było lepiej. Po orbiterku gorąca kąpiel i następnie odpocząłem na dworzu. Samopoczucie się wtedy znacznie poprawiło, nawet osłabienie fizyczne wyraźnie ustąpiło, jednak wieczorem znowu czułem się gorzej. Nie pamiętam o której zasnąłem. Wątroba zaczęła pobolewać – zaczyna się przeczyszczać. Dodatkowo biały nalot na języku robi się coraz intensywniejszy.
7 Dzień: (27.07.)
Spałem do około 6.10, ale leżałem i wstałem dopiero po 8. Samopoczucie psychiczne nie najgorsze, ale fizyczne złe. Z trudem się rozruszałem, ale jakoś poszło. Przepłukałem nos i zrobiłem nacieranie górnej części ciała. Smak moczu robi się coraz intensywniejszy – tym razem mocno gorzko-kwaśny. Również biały nalot na języku nadal się robi coraz większy. Waga ciała ok. 50,5kg. Po 15 zrobiłem lewatywę jak zwykle z 1 litra własnej uryny – wyszło znowu sporo ciemno brunatnego płynu o zapachu spalonych włosów. Mimo, że lewatywę wykonałem 0,5 dnia szybciej, niż zwykle (czyli co 2 dni), oznacza to, że powinienem ją częściej wykonywać – będę je robił teraz codziennie (szczególnie, że teraz nadchodzi okres Pełni, a więc tak jak podczas pływów, tak samo organizm reaguje wyciąganiem wszystkiego na zewnątrz, czyli się intensywniej oczyszcza). Wieczorem byłem już wykończony, położyłem się. Jakoś po 21-22 zacząłem odczuwać wyraźny ból w okolicy wątroby, trwało to kilka godzin. W nocy się budziłem, niezbyt dobrze spałem.
8 Dzień: (28.07.)
Przed 6 przeczyściło mnie – wyszło trochę brunatno – żółtego oleistego płynu, ale o innym zapachu – podobnym, jak do zapacu po kuracji płukania wątroby. Byłem mocno osłabiony – miałem zawroty głowy. Wziąłem następnie gorącą kąpiel i się położyłem. Wstałem dopiero tuż przed 11 bardzo mocno osłabiony fizycznie, jednak psychicznie było nie najgorzej. Niestety z dużym wysiłkiem się poruszałem, zrezygnowałem z rozciągania i innych czynności przez brak siły. Biały nalot na języku jest chyba jeszcze większy. Waga ciała ok. 50kg. Dolegliwości bólowe w obszarze karku się nasilają – wystąpił obrzęk, dodatkowo pojawił się ból w okolicy piersiowego odcinka kręgosłupa. Smak moczu nadal jest nadal intensywny – gorzko-kwaśny. Przed 17 wykonałem lewatywę – to samo co po poprzednich, lecz o mniej intensywnym zapachu i kolorze. Po lewatywie wziąłem gorącą kąpiel i się położyłem – do rana praktycznie nie wstawałem, chyba, że to było konieczne. Wieczorem trochę mnie pobolewała wątroba, ale znacznie łagodniej, niż wczoraj – podobnie jak 6 dnia. Kłucie pod sercem nadal występuje – zawsze tylko wtedy, kiedy leże szczególnie na lewym boku, albo na plecach. Dodatkowo, tak samo, jak 5 dnia – noga była „nerwowa”, ale tym razem lewa. Mocno mi dokuczała, ale trwało to najwyżej z godzinę.
9 Dzień: (29.07.)
Dosyć długo wczoraj i dzisiaj w nocy odpoczywałem, więc czułem się lepiej, niż wczoraj. Wstałem już po 8 rano. Samopoczucie psychiczne dosyć dobre, ale fizyczne złe. Jednak udało mi się porozciągać. Smak moczu jest różny, czasem gorzki, a czasem jakiś gorzkawo-słony. Dolegliwości bólowe bez większych zmian. Waga ciała ok. 49,6kg. Jak zwykle zrobiłem lewatywę i wyszło to samo co po poprzedniej. Z upływem dnia samopoczucie się stopniowo zaczęło poprawiać (po lewatywach zawsze się czuje lepiej), ale wieczorem znowu się pogorszyło. Zaczęła mnie pobolewać wątroba, lewa noga była „nerwowa” przez jakiś czas, oraz wyczułem pobolewanie w okolicach śledziony. Jakoś po północy zasnąłem.
10 Dzień: (30.07.)
Obudziłem się przed 7. Czułem się tak, jakbym był po dobrym płukaniu wątroby (psychicznie czułem się dobrze, ale jednak miałem zawroty głowy i czułem się fizycznie zmęczony). W nocy kiedy spałem musiało się tam odbywać niezłe płukanie. Kiedy się obudziłem, wątroba nadal mnie dość wyraźnie bolała, trwało to mniej więcej do 9.30. Zauważyłem dodatkowo zwiększenie dolegliwości bólowych w obrębie stawów. Waga ciała ok. 49,1kg. Zauważyłem, że smak moczu znacznie złagodniał – tym razem był najwyżej lekko gorzki. Po lewatywie wyszło to samo co po poprzedniej, ale dodatkowo jeszcze jakieś drobne resztki – pewnie po przeczyszczeniu wątroby. Smród był już trochę mniejszy, niż po wczorajszej lewatywie. Wieczorem czułem jak zwykle kłucie pod sercem i lekkie pobolewanie wątroby oraz „nerwowe” nogi (tym razem obie – ale szczególnie lewa dokuczała). Muszę przyznać, że jak na razie ten dzień (przed zrobieniem lewatywy) był najtrudniejszy w czasie tej głodówki – już myślałem, że nie wytrzymam, ale po lewatywie było znacznie lepiej.
11 Dzień: (31.07.)
Obudziłem się po 8. Leżałem do 11 czując pobolewanie wątroby. Samopoczucie psychiczne dobre, fizycznie jestem wykończony, jednak po rozruszaniu było nienajgorzej. Smak moczu lekko gorzki. Zauważyłem minimalne zmniejszenie białego nalotu na języku, jednak wyraźnie zmniejszył się specyficzny posmak śliny i zapach acetonu z ust. Dolegliwości bólowe bez większych zmian. Zauważyłem również coraz większą gibkość ciała i zwiększenie elastyczności stawów. Waga ciała ok. 48,9kg. Lewatywa – to samo co po poprzedniej, ale tym razem bez drobnych resztek. W ciągu dnia samopoczucie fizyczne było coraz lepsze. Przez cały dzień czułem pobolewanie w okolicy wątroby. Smak moczu robi się coraz bardziej neutralny. W środku nocy czułem jakieś psychiczne rozdrażnienie, ale poza tym nic szczególnego.
12 Dzień: (1.08.)
Wstałem około 10. Trochę się nie wyspałem. Fizycznie byłem mocno osłabiony, natomiast psychiczne samopoczucie było dobre. Waga ciała ok. 48,6kg. Smak moczu neutralny. Generalnie z rana samopoczucie ogólne jest średnie, natomiast z upływem dnia staje się dobre. Dzisiaj odpocząłem od lewatywy. W dzień nic szczególnego się nie działo, dopiero w środku nocy znowu czułem się tak, jakby mi głowa się rozsadzała od środka – czułem przy tym niezły szum w uszach i lekki ból głowy.
13 Dzień: (2.08.)
Wstałem po 8 zrobić lewatywę – wyszło bardzo dużo ciemno brunatnego syfu o mocno intensywnym smrodzie (chyba będę je musiał dalej codziennie wykonywać). Waga ciała: 48,2kg. Dolegliwości bólowe jak na razie bez większych zmian. W ciągu dnia jednak czułem się naprawdę fatalnie, każde wstawanie z pozycji leżącej czy siedzącej było dla mnie wyzwaniem. Dopiero wieczorem samopoczucie się lekko poprawiło. Postanowiłem tego dnia pić praktycznie każdą porcję własnej uryny, a lewatywę robić z 1 litra przegotowanej wody + 250ml własnej uryny.
14 Dzień: (3.08.)
Wstałem już po 6. Poszedłem do lasu i wróciłem po około godzinie. Waga ciała: 47,8kg (znowu dość duży spadek, jak na ten etap głodówki). Następnie zrobiłem lewatywę z wyżej wspomnianymi składnikami. Generalnie po tej lewatywie smrodu praktycznie nie było czuć, dopiero pod koniec wypróżniania coś śmierdziało. Fekalia miały o wiele jaśniejszy kolor od poprzedniej lewatywy – mniej więcej jasno – brunatne. Jednak co najbardziej mnie zaskoczyło to zauważyłem jakieś skupiska drobnych nici o szaro-niebieskim zabarwieniu. Miały długość ok. 1 cm i szerokość mniej więcej ludzkiego włosa - czyżby jakieś pasożyty? (Po późniejszym przeszukaniu co to było, doszedłem do wniosku, że to prawdopodobnie były owsiki – skłoniło mnie to do zastosowania ziołowej kuracji przeciwpasożytniczej po okresie regeneracji). Tylko trochę ich było, jednak przypuszczam, że dosyć sporo tego mogło wyjść, tylko po prostu tego nie zauważyłem, bo pewnie poszło to na dno. Jest to wg mnie całkiem możliwe, tym bardziej, że po tej lewatywie czułem się znacznie lepiej, a wczoraj samopoczucie było wręcz fatalne przez większą część dnia. Po południu jeszcze coś porobiłem na dworze, chociaż nie miałem zbytnio sił, ale długotrwałe leżenie i siedzenie doprowadzało mnie do szału. Czasem jak leże, czuje się jakbym mógł góry przenosić, ale jak już wstanę, to z trudem się poruszam. W dodatku cały czas jestem niecierpliwy. Chciałbym, żeby ta głodówka się jak najszybciej zakończyła. Poza tym coraz bardziej myślę o jedzeniu i mnie do tego coraz mocniej ciągnie, muszę mój mózg zajmować czymś innym, żeby o tym nie myśleć, bo jak leżę bezczynnie, to albo o tym myślę, albo np. skubię skórę pod paznokciami. Zaczynam wykazywać dużą nerwowość w tym względzie. Praktycznie co noc mam sny o jedzeniu, zawsze są one tak realistyczne, że myślę, że naprawdę coś jem. Z fizjologicznego punktu widzenia zauważyłem, że mocno zaczął mi się sypać łupież z głowy, czasem powstają jeszcze jakieś pojedyncze pryszcze, ale już jest zdecydowanie lepiej, niż na początku głodówki. Niestety ślady i guzy po pryszczach nadal widać. Biały nalot na języku po brzegach zaczął znikać, ale reszta jest nadal mocno obłożona. Odczuwałem ból stawów skroniowo-żuchwowych (podczas poprzednich dni głodówki i również przed głodówką przy „przeżuwaniu” słyszałem chrupanie w tych miejscach – teraz staje się to coraz mniej słyszalne, szczególnie po nocy). Tego dnia piłem mało wody, natomiast praktycznie każdą porcję moczu wypijałem. Czułem się po tym lepiej, zawsze daje mi to jakąś ulgę. Jakoś po 21 położyłem się spać i zaraz zasnąłem, obudziłem się jednak po jakimś czasie trochę spocony, ale znowu po chwili zasnąłem i spałem w miarę dobrze do rana. Musiałem być mocno zmęczony.
15 Dzień: (4.08.)
Obudziłem się po 8 z dobrym samopoczuciem, jednak leżałem do 11. Wyspałem się. Smak porannego moczu w poprzednich dniach był neutralny i miał kolor jasno-słomkowy albo przezroczysty, ale tym razem miał kolor ciemniejszy i był gorzki w smaku. Bóle stawów się zmniejszyły, chrupanie w niektórych stawach też. Dodatkowo dostrzegłem większą ich elastyczność w obrębie kręgosłupa i stawów krzyżowo-biodrowych. Odczuwałem dzisiaj mocniejszy ból, w porównaniu z poprzednim dniem, w obrębie stawów skroniowo-żuchwowych. Chrupanie w tych stawach praktycznie zupełnie zniknęło. Biały nalot na języku również w dalszym ciągu stopniowo znika. Waga ciała: ok. 47,8kg (dopiero następnego dnia zrozumiałem, dlaczego tyle wtedy ważyłem – generalnie zważyłem się dopiero po południu, kiedy zdążyłem się napić już trochę wody i nawodnić, mimo że odjąłem sobie 0,2kg. Moim zdaniem mogłem ważyć ok. 47,7 – 47,6 kg). Dzisiaj samopoczucie było nawet dobre, tylko osłabienie fizyczne mi trochę dokuczało. Dzisiaj nie robiłem lewatywy – to był mój błąd, ponieważ wieczorem nastąpiło pogorszenie samopoczucia. A coś mi intuicja mówiła, że powinienem ją dzisiaj zrobić.
16 Dzień: (5.08.)
W nocy źle mi się spało, dodatkowo się trochę spociłem. Wstałem przed 9 żeby zrobić lewatywę. Źle się czułem. Waga ciała wyniosła 47,3 kg. Tym razem zważyłem się po przebudzeniu, poza tym w nocy jak wyżej wspomniałem trochę się spociłem, a rano odczuwałem suchość w ustach, więc trochę się odwodniłem, co w rezultacie dało taki spadek wagi. Smak porannego moczu był gorzki i miał dość intensywną barwę – kolejny dowód na to, że się odwodniłem. Lewatywę wykonałem z 1 litra własnej uryny – wyszło sporo brunatnego płynu o intensywnym smrodzie. Po lewatywie czułem dużą ulgę. Dolegliwości bólowe się powolutku zmniejszają, tak samo biały nalot na języku. Po południu zauważyłem, że żołądek staje się jakby lekki i pusty, wieczorem natomiast zaczęło się ssanie w żołądku, które bardzo szybko się pogłębiało. Byłem wtedy bardzo niespokojny, jednak postanowiłem to przespać i wytrzymać do rana. Dodatkowo zacząłem odczuwać w obrębie karku (dokładniej w dołach podpotylicznych) specyficzny ból (coś w rodzaju łagodnego przyjemnego pobolewania, wskazujący na to, że w tym miejscu odbywa się jakiś proces leczniczy).
17 Dzień: (6.08.)
Od samego rana ssanie w żołądku było ewidentne, nie wyspałem się. Dolegliwości bólowe trochę się nasiliły, dodatkowo w dalszym ciągu i o nieco większym natężeniu odczuwałem charakterystyczny ból, o którym wyżej wspomniałem, w dołach podpotylicznych, gdzie się znajdowało jego źródło. Powiem Wam, że to miejsce bolało mnie już od ponad pół roku, dawając co jakiś czas objawy sztywności i obrzęku. Uwierzcie mi, że od takiego czasu wysiłków i starań, które w ogóle nie dawały jakichkolwiek efektów, byłem naprawdę szczęśliwy, że w końcu poczułem, że w tym miejscu zaczął się proces leczniczy. Smak porannego moczu był gorzko-ostry i miał intensywną barwę – przez głód miałem wstręt do wody i nie chciało mi się pić, jednak proces oczyszczania również występował. Dzisiejsza waga przed przystąpieniem do jedzenia mnie trochę przeraziła, spadek był znaczny – waga wynosiła 46,7 kg. Po 8 rano wstałem i poszedłem wykonać lewatywę z 1 litra własnej uryny – smród i kolor fekaliów był trochę łagodniejszy, niż po wczorajszej lewatywie. Język się jeszcze nie oczyścił do końca, jednak robił się coraz bardziej różowy. Łupież praktycznie całkowicie zniknął. Poleżałem jeszcze do 11 i wtedy zacząłem regenerację.
Okres regeneracji:
1 Dzień: 6.08.
- O 11 – ½ woda, ½ sok jabłkowy, 13, 15 i 17 - szklanka nierozcieńczonego soku jabłkowego. Fajnie się ułożyło, że jest akurat sezon na jabłka, a ja mam Jabłoń w ogrodzie, a smak soku jest niesamowity. Będę się starał go pić małymi łykami i długo przeżuwał w ustach. Niestety przez cały dzień byłem mocno osłabiony. Wieczorem, kiedy położyłem się spać, byłem niby senny, ale trudno mi było zasnąć. Przed położeniem się, wymasowałem całe ciało oliwą z oliwek w celu stłumienia zasady życiowej „Wiatru” (wg Małachowa). W nocy się budziłem co jakiś czas. Dolegliwości bólowe się nasiliły. Wydaje mi się, że ½ szklanki co 2 godziny spokojnie wystarczyłyby. Pierwsza i druga porcja soku mogłaby być co godzinę i nierozcieńczona.
2 Dzień: 7.08. - Wstałem po 7.30 niewyspany i osłabiony. Wypiłem szklankę soku jabłkowego o 8, 9 i 10. (powinienem o 9 opuścić porcję soku). Po 10 nastąpiło wypróżnienie, co wyprzedziło moje oczekiwania, bo myślałem, że nastąpi to najwcześniej pojutrze. Może to przez gorącą pogodę (?). Następnie wypiłem sok o 12. Przygotowałem odwar z korzenia lukrecji. Będę go pił dwa razy dziennie. Przed południem dużo odpoczywałem, bóle trochę zelżały. O 14 wypiłem szklankę soku z ½ z marchwi i ½ z jabłka. O 16 szklanka samego soku jabłkowego. Apetyt się trochę unormował, rano myślałem, że dam radę wypić 2 szklanki soku co 2 godziny, ale 1 szklanka co 2 godziny mi kompletnie wystarcza. O 18 wypiłem szklankę soku z marchwi – trochę za dużo, ½ by mi wystarczyła. Noc praktycznie nieprzespałem (zdrzemnąłem się chyba przez godzinę). Po zastanowieniu wydaje mi się, że szklanka soku byłaby dobrym rozwiązaniem, ale w odstępie 3 godzin, trzymając się zasady 4-5 posiłków dziennie. Najlepszym jednak rozwiązaniem wg mnie byłoby picie ½ – 2/3 szklanki soku co 2 godziny (tyle samo co wczoraj lub minimalnie więcej).
3 Dzień: 8.08. - Wstałem przed 5 kompletnie niewyspany. Pomyślałem sobie, że może to być okazja do przestawienia się na wcześniejsze kładzenie się spać. Poszedłem do lasu z samego rana, znalazłem kilka leśnych malin i trochę jagód – skusiło mnie. Niestety trochę mi to zaszkodziło przez zbyt wczesną porę dnia i niewyspanie. O 8 wypiłem szklankę soku jabłkowego, o 10 i 12 po 2 szklanki – trochę przesadziłem. (wydaje mi się, że 1 szklanka co 2 godziny powinna mi zupełnie wystarczyć) Około 13 zjadłem łyżkę miodu wielokwiatowego – odrzucał mnie jego smak, jeszcze nie jestem na niego przygotowany. Po południu stwierdziłem, że nie będę się trzymać reguł odnośnie odżywiania. Zrozumiałem, że jak narazie zdecydowanie za dużo się odżywiam, a organizm jest dodatkowo zmęczony i niewyspany. Zacznę postępować tak: czekam na głód, skupiam się na produktach, do których mnie najbardziej ciągnie (oczywiście dozwolone w tym okresie) i je jem do momentu, kiedy stracę na nie ochotę. Mogę oczywiście też pić, ale jeśli przed zakończeniem głodówki poczuje się łaknienie – to organizm w sposób naturalny uruchamia układ pokarmowy i można – wg Małachowa – spożywać na co ma się ochotę, ale w ograniczonych ilościach i tylko naturalne produkty roślinne. Dzisiaj około 17 zjadłem 2 pomidory, marchewkę i trochę sałaty. Niestety strawiło mi się to dopiero, jak się przebudziłem po 2 w nocy. Już wieczorem coś czułem, że mi tam coś zalega – znowu trochę przesadziłem z ilością jedzenia i nie powinienem łączyć pomidorów z innymi produktami. Poza tym byłem wykończony już tego dnia. W tym okresie chyba jednak najlepsza jest monodieta, chociaż gdybym nie łączył pomidorów i trochę mniej zjadł, to pewnie znacznie szybciej by mi się to strawiło. Wieczorem zrobiłem lewatywę z 1 litra własnej uryny – wyszło masę pozostałości od soku jabłkowego – o wiele za dużo go piłem. Jednak jeszcze dalej czuję jakieś dolegliwości w jelitach – jutro wieczorem jeszcze jedną zrobię lewatywę i wszystko powinno wrócić do normy. Ciężko tutaj stwierdzić, ile potrzebowałem tak naprawdę soku, bo byłem niewyspany i miałem dolegliwości jelitowe.
4 Dzień: 9.08. - Dzisiaj postanowiłem stosować monodietę i nie przejadać się. Jednak pewnie dopiero jutro po uregulowaiu pracy przewodu pokarmowego będę w stanie ocenić, jak to na mnie działa. Około 9 – suplement (skoncentrowane soki z różnych warzyw i owoców oraz ich miąższ, pestki i skórki), ok. 10 – 4 sparzone jabłka (ok.100g), o ok. 12 – jedna marchewka, o 13 – szklanka odwaru z lukrecji. O 15 – ok. 125g sparzonych jabłek. O 18 – ok. 125g sparzonych jabłek. Wieczorem lewatywa z ½ litra własnej uryny i ½ litra przegotowanej wody. Czułem się dobrze, jednak wieczorem chciało mi się spać.
5 Dzień: 10.08. - Wstałem przed 8 w miarę wyspany. Wypiłek ½ szklanki porannego moczu, około. 8.30 – łyżeczka suplementu (skoncentrowane soki z różnych warzyw i owoców oraz ich miąższ, pestki i skórki). O 9 – ok. 180g sparzonych jabłek (przesadziłem, 100g by mi wystarczyło). Czuje się ociężały po pierwszym posiłku. O 12 zjadłem 2 średnie ogórki gruntowe, kilka liści sałaty lodowej i małą marchewkę (szczerze mówiąc nie specjalnie chciało mi się jeść te warzywa, jedynie ogórki mi smakowały, jednak wolałbym zdecydowanie zjeść owoce). Samopoczucie po posiłku było takie, jakbym w ogóle nic nie zjadł. Dodatkowo jutro zacznę od jakiegoś warzywa, a następny posiłek od owoców – może nie będę się czuł taki ociężały po pierwszym posiłku. Pozatym dzisiaj właściwie na pierwszy posiłek zjadłbym jakieś warzywo, a na 2 jakiś owoc. Ok. 14 zjadłem 200g śliwek (troszeczkę za dużo), a o ok.16 godziny 175g Jabłek na parze (tutaj trafiłem) + łyżeczka suplementu (skoncentrowane soki z różnych warzyw i owoców oraz ich miąższ, pestki i skórki). O 18 – ok. 200g pomidorów (własna uprawa) – były bardzo dobre. Też trafiłem. Niestety o 20 skusiłem się, jak się potem okazało niepotrzebnie, na kilkanaście cienkich suszonych plasterków jabłek + 1 łyżeczka miodu rzepakowego (miodem całkowicie się nasyciłem, mógłbym go ssać przez pół godziny, a nadal odczuwałbym słodki smak).
6 Dzień: 11.08. - Tak jak wczoraj, wstałem przed 8 w miarę wyspany. W nocy jednak po 1 się obudziłem przez komary i zasnąłem ponownie gdzieś dopiero nad ranem. Odczuwałem wtedy jakiś głód do ziemniaków i orzechów i ogólnie coraz większy apetyt. Stwierdziłem, że zrezygnuje z monodiety, która teraz mi już raczej nic nie da. Tak jak zapowiedziałem, zjadłem o ok. 8.30 kilka rzodkiewek z własnej uprawy, 2 ogórki gruntowe i 1 stożkowa papryka (razem ok 200g). Jak widać w cieplejszą pogodę wolę jeść bardziej wodniste warzywa. Generalnie tutaj też nie trafiłem, nie czułem się osłabiony, ale odczuwałem nadal głód – organizm potrzebował węglowodanów. Jutro rozpocznę od łyżeczki – dwóch łyżeczek miodu. Potem zjem jakieś owoce. Zobaczymy, jak się będę czuł. Po poprzedniej głodówce, kiedy dzień rozpoczynałem od owoców, często czułem jakieś osłabienie. O 10 zjadłem ok. 200g śliwek. O 12 zjadłem 1 ogórek gruntowy, 1 pomidor, 1 papryka stożkowa, kilka liści sałaty lodowej + ok. 220g kukurydzy. Po kukurydzy czułem się od razu lepiej. Chyba zrozumiałem, dlaczego się czuje osłabiony po głodówkach, szczególnie po pierwszych posiłkach. Powinienem przeżuwać pokarm w ustach do momentu samoistnego połknięcia i jeść, dopóki, dopóty pokarm przestanie mi smakować (wtedy organizm dostaje tyle pożywienia, ile naprawdę potrzebuje) – generalnie rzadko mi się to udaje, ale czasem się udaje i mimo tego odczuwam osłabienie – i właśnie tutaj wydaje mi się, że organizm po długich, męczących głodówkach jest po prostu wykończony i osłabiony, więc musi zużyć dużo siły na strawienie tego pokarmu, przez co jest po posiłku osłabiony (tutaj również może tkwić przyczyna zaleceń, co do stopniowego wprowadzania coraz dłuższych głodówek, żeby stopniowo organizm nabierał siły, a ja od razu poszedłem na głęboką wodę – i takie są skutki). W takich przypadkach moja ocena jest taka: trzeba stopniowo wprowadzać coraz większy wysiłek dla organizmu, w celu uniknięcia skutków ubocznych, jednak jeśli już zrobiło się taką męczącą głodówkę, to trzeba jeść mimo uczucia osłabienia po posiłku, bo organizm inaczej się nie zregeneruję. Wg mnie to są po prostu normalne reakcje organizmu. Czuję, że powinienem się położyć po posiłkach w tym przypadku. W taki sposób organizm najlepiej się zregeneruje. Po pewnym czasie nabiera się sił i już posiłki będą coraz mniej męczące. O 15 zjadłem 5 moreli – okazało się, że trochę za dużo. Mimo, że tym razem przeżuwałem aż do samoistnego połknięcia, to 2 ostatnie morele zacząłem przeżuwać trochę na siłę i nie chciało się to samoistnie połknąć. Wtedy powinienem przestać jeść, a nawet wypluć to, co miałem w ustach. O 18 zjadłem trochę warzyw sezonowych – 2 ogórki, pomidor, kilka liści sałaty lodowej i trochę szczypiorku.
Generalnie jeśli chodzi o dietę po okresie regeneracji, to chciałbym się odżywiać tylko owocami, warzywami i orzechami/pestkami. Żadnego gotowania, przetwarzania. Wszystko surowe. Jednak psychiki nie wolno kaleczyć i jak będę miał ochotę na jakąś skrobię np. kukurydzę czy ziemniaki na parze, to je zjem.
7 Dzień: 12.08. - Wstałem przed 8 wyspany, o 8.30 zjadłem 3 łyżeczki pierzgi, po 9 – 6 moreli. Po pierzdze i morelach czułem się trochę osłabiony. 12 – 13 → zjadłem 2 pomidory, 1 ogórek, 1 papryka stożkowa, kilkanaście liści sałaty, 2 rzodkiewki, trochę szczypiorku i ząbek czosnku. Wszystko mi smakowało z warzyw, jednak do tego dodałem jeszczę trochę masła z ziaren słonecznika – odrzucało mnie to, więcej tego masła nie będę robił, nie ma to wg mnie sensu. Po co „poprawiać” przyrodę? Dodatkowo podczas mielenia wytwarza się dość wysoka temperatura, która niszczy niektóre pożyteczne dla organizmu substancje, a możliwe, że mogą powstawać szkodliwe dla organizmu związki. Do tego mielenie jest czasochłonne i energochłonne. Najlepiej się czuje, jak jem tylko surowe i nieprzetworzone rzeczy. Dopiero teraz to do mnie doszło, jednak musiałem się o tym przekonać. Im prościej, tym lepiej. Jednak dla świętego spokoju zrobie masła z różnych nasion i orzechów, żeby się przekonać co do tych pozostałych – wiem już na pewno, że masło z orzechów ziemnych również nie opłaca się robić. Zobaczymy, co z resztą. Będę się tym stopniowo zajmował. Postaram się już nie jeść skrobi, zobaczymy, jak organizm będzie się zachowywał po posiłku białkowym. Generalnie wczoraj po zjedzeniu kukurydzy moje samopoczucie się znacznie poprawiło, dostałem przypływu energii, dopiero po 3 godzinach stałem się głodny. Jedząc same owoce i warzywa już po 2 godzinach odczuwam braki i mam mniej energii. Dzisiaj niestety źle się czuje po maśle z pestek słonecznika, ciężko określić mój stan ogólny – z doświadczenia dostrzegam, że po posiłku białkowym organizm nie jest głodny około 2 razy dłużej, niż po posiłku skrobiowym. Energii chyba też ma więcej, ale nie jestem pewny. Dzisiaj aż do godziny 18 odczuwałem sytość w żołądku, mam wstręt do masła słonecznikowego. Najwidoczniej organizm nie jest jeszcze przygotowany na jedzenie takich rzeczy. Będę musiał jednak kontynuować jedzenie skrobi przez jakiś czas, a potem zobaczę. Już kupiłem świeże ziemniaki i ryż brązowy basmati. Po 18 zjadłem grejpfruta – bardzo mi smakował. Chociaż byłem po nim pełny, to szybko to się strawiło.
8 Dzień: 13.08. - Wstałem o 7 w miarę wyspany, o 8 zjadłem 3 łyżeczki miodu (po 1 łyżeczce pierzgi, lipowego i wielokwiatowego). Po 9 zjadłem 1 awokado + 5 moreli → tego poranka niestety byłem trochę nerwowy, bo musiałem załatwić trochę spraw, więc nie udało mi się dokładnie przeżuwać pokarmu, trochę przesadziłem z ilością jedzenia. Przed 13 zjadłem 1 gotowanego ziemniaka (100g) + 250g warzyw (trochę cukini, fasolki szparagowej, selera, pora i kilkanaście nasion bobu). Czułem się przed przystąpieniem do jedzenia ziemniaka już najedzony, jednak zjadłem ziemniaka, ale niespecjalnie mi smakował (miał chyba dużo chemii) i byłem już całkiem pełny. Znowu zbyt szybko jadłem i trochę za dużo, pół ziemniaka by mi starczyło. Generalnie kukurydza ma trochę mniej skrobii od młodych (czyli do 1 września) ziemniaków (12,5g w kukurydzy na ok. 21g w młodych ziemniakach), więc ziemniaki sycą na trochę dłuższą metę i człowiek jest po takich ziemniakach bardziej syty, niż po kukurydzy. Sam to odczuwam. Jednak indeks glikemiczny jest podobny i ma się mniej więcej podobny poziom energii,


Ostatnio zmieniony przez Daniel dnia 2017 04 13 22:15, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość WP Kontakt
Daniel



Dołączył: 07 Kwi 2017
Posty: 9

PostWysłany: 2017 04 07 19:29    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Moje preferencje dot. owoców się ciągle zmieniają, codziennie wolę jakieś inne jeść, natomiast jeśli chodzi o warzywa to preferencje są w miarę stałe: z surowych warzyw wybieram pomidory, ogórki, soczystą sałatę lodową, rzodkiewki, cukinię i świeże brokuły. Jeśli chodzi o gotowane na parze to preferuję marchewki, cebulę, soczystą sałatę lodową, fasolkę szparagową, cukinię i bakłażany. Wiem na pewno, że marchewki, cebula i bakłażan są zdecydowanie lepsze na parze, niż na surowo. Na surowo bym ich nie zjadł. Fasolkę szparagową wg mnie na surowo lepiej nie jeść i niestety zawierają trochę skrobi, więc lepiej nie dodawać jej do posiłku węglowodanowego (ryż, kasza, ziemniaki itp.). Sałatę lodową i cukinię wolę zjeść na surowo (na parze jest trochę smaczniejsza, ale wg mnie to co na surowo też smakuje to powinno się surowe jeść).
Więc na parze wybieram tylko i wyłącznie marchewkę, cebulę i bakłażan.
9 Dzień: (14.08.) - Wstałem po 7.30 trochę nie wyspany. Dolegliwości bólowe w pierwszych dniach regeneracji się nasiliły, potem trochę osłabły, natomiast od kilku dni znowu się wzmożyły, może to przez zwiększony stres. W nocy zawsze się nasilają, natomiast w ciągu dnia ustępują. Teraz generalnie jak się więcej ruszam, to się bardziej nasilają. Wg mnie organizm zaczął intensywnie się leczyć z choroby. W takim przypadku, jeśli będę się teraz pilnował, to za kilka tygodni powinno być znacznie lepiej. ok. 8.30 – 3 łyżeczki różnego rodzaju miodu, 9.30 – ok. 6 jabłek, 11.30 – 2 żółte śliwki, 4 zwykłe, 1 brzoskwinia. 14 – 14.30 → obiad: bakłażan, brokuły, marchewka, pół cebuli, 30-40 nasion bobu i trochę zieleniny. Obiad był bardzo dobry, szczególnie bakłażan, brokuły również, ale zauważyłem, że świeże brokuły są również dobre na surowo, więc od teraz będę je tylko na surowo jadł. Już po godzinie wszystko zaczęło się trawić, na początku miałem dużo energii, ale szybko się obniżyła, poza tym szybko zacząłem odczuwać pustkę w żołądku (sycą na krótką metę, w przeciwieństwie do ziemniaków, nie wspominając o kaszy). To tylko potwierdza wysoki indeks glikemiczny bobu i jego niską zawartość skrobii. Jutro sprawdzę cukinię i bakłażan na surowo.
10 Dzień: (15.08.) - Wstałem po 8 w miarę wyspany, generalnie posiłki każdego dnia oprócz obiadu wyglądają tak samo, rano 1 łyżka miodu, potem jakieś owoce, po 2 godzinach znowu owoce, a po 2 godzinach obiad. Potem po 3-4 godzinach jakieś owoce i to mi w zasadzie wystarcza.
Dzisiaj na obiad przygotowałem 100 g kaszy gryczanej, pomidory, cukinię, brokuły, rzodkiewki na surowo oraz bakłażan na parze. Bakłażan nie smakuje na surowo, natomiast z cukinią jest podobnie jak z sałatą lodową – smaczniejsze na parze, ale zjadliwe i zdrowsze na surowo. Waga od końca głodówki na razie stoi w miejscu, wynosi niecałe 47kg.


Połowa września:
Zrobiłem podczas nowiu tzw. dehelmintyzację zasadniczą Siemionowej z dobrym skutkiem, jednak zielonych kamieni nie było. Było natomiast pełno zielonego koloru żółci i białych drobin wyglądem przypominające rozdrobnione pestki dyni bez zielonej otoczki. Smród był niesamowity, musiałem kilka lewatyw w ciągu dnia zrobić, żeby się tego pozbyć. Ból się zmniejszył wyraźnie po takiej dehelmintyzacji, ale szybko wrócił do stanu wyjściowego po kilku dniach.
Początek października:
To samo co poprzednio, jednak wtedy jeszcze więcej zanieczyszczeń wyszło i był większy smród. Znowu wyszło to samo, co wtedy. Jednak ból stawów był bez większych zmian, może trochę się zmniejszył, natomiast stopniowo zaczęła wzrastać elastyczność stawów, może również przyczyniła się do tego terapia krzemowa glinką kaolinową. Po tym płukaniu ilość pryszczy bardzo zmalała, pojedyncze pryszcze pojawiają się sporadycznie co jakiś czas.
25 październik:
150 ml oliwy + ¾ szklanki soku z cytryny + 4 kapsułki ornityny – wyszło kilkanaście drobnych kamieni, trochę zielonej żółci i to wszystko. Prawie nic nie śmierdziało. Niestety po tych kuracjach z dobrym skutkiem, ZZSK nadal ma u mnie aktywną postać – badania krwi z dnia 8 października (kilka dni po poprzednim płukaniu) wykazało 39 mm/godz OB oraz 6,1 mg/l CRP.
m) Jest 6 listopad, a mnie nadal bolą stawy, choć elastyczność mam bardzo dobrą, kupiłem witaminę B12 oraz D3. Zwiększyłem ilość przyjmowanego krzemu.
7 – 9 listopad:
Oczyszczanie liściem laurowym – żadnych zmian po kuracji, stwierdziłem, że nie będzie miało sensu powtarzanie kuracji po tygodniu. Suplementacja Witaminą D3 dały dość wyraźnie zmiany – brałem przez 6 tygodni po 20 000 IU dziennie – początkowo po takiej dawce chciało mi się spać i od razu zasypiałem – wyczytałem, że tak organizm reaguje na niedobór tej witaminy. Po jakimś czasie mi to przeszło. Lepsze samopoczucie, jednak dolegliwości bólowe bez większych zmian.
Od 8 grudnia Dowiadując się o właściwościach jodu, zacząłem przyjmować doustnie – docelowo po kilku dniach do dawki ok. 10 kropli 4% stężenia tzw „Płynu Lugola”. Przed doustną kuracją smarowałem się zewnętrznie jodem przez ok. 2 tygodni. Większych zmian nie zaobserwowałem.
Przyjmowałem do początku lutego.

2016 rok:
Od 8 stycznia
zacząłem pić napar z piołunu – łyżka na szklankę wody dziennie (pół szklanki rano i wieczorem) – efekt natychmiastowy: stan podgorączkowy i łagodne objawy grypopodobne, które po kilku dniach ustąpiły. Piłem przez prawie miesiąc z wyraźnymi zmianami – nasilenie bólów stawowych, które po około miesiącu zaczęły powoli ustępować.
Początek lutego:
Przeszedłem na picie roztworu wody utlenionej (zamiast piołunu). Jod biorę rzadziej – raz na kilka dni, Witamina D3 bez zmian – 4 000 IU dziennie. Dalej biorę glinkę kaolinową, po której się lepiej czuje. Woda utleniona: tutaj nastąpiły największe zmiany w kierunku pozytywnym – stopniowe polepszanie samopoczucia i wydolności oraz zmniejszanie bólów stawowych. Zauważyłem, że mimo jedzenia głównie samych owoców i to niezbyt kalorycznych moja waga w ogóle nie spada. Co jakiś czas jem coś innego – najczęściej jakiś nabiał – ale wcale to mi nie daje energii, wręcz przeciwnie - zamula mnie takie jedzenie i osłabia. Dobrze się czuje tylko po owocach, jednak głód nie daje mi spokoju, mimo że czuje się bardzo dobrze to czuje w środku taką pustkę, że czasami muszę się zapchać czymś bardziej „kalorycznym”, ale z czasem coraz gorzej się po tym czuje. Generalnie jem stare odmiany jabłek (szczególnie renety) – nowe odmiany mi nie smakują, a po starych odmianach lepiej się czuję. Kilka dni na samych owocach i wyraźnie czuć, jak choroba mnie opuszcza, jednak nie mam wystarczająco silnej woli i wracam do swoich poprzednich przyzwyczajeń. Od jakiegoś czasu również czuje podczas skupiania się na sobie coraz silniejsze mrowienie w punkcie między brwiami. Zaczynam widzieć podczas stanu medytacji przed sobą coś w rodzaju przemieszczającego się fioletowego koloru.
Dalsze działania w 2016 roku: piszę te informacje dnia 7.04.2017 roku i trochę rzeczy zapomniałem przez ten czas, ale postaram się w skrócie je opisać. Najpierw zacznę od badań krwi (17.05.2016r.): morfologia w normie (hemoglobina 14.3 g/dl, leukocyty 7.91 G/l, erytrocyty 4.95 T/l), OB: 35, CRP: 7.1, kreatynina: 0.5 mg/dl (norma: 0.70-1.20). Kontynuowałem picie roztworu wody utlenionej, ale tym razem bardzo znacząco zwiększyłem jej moc do ok. 25 kropel h2o2 (perhydrolu – 30%) w szklance wody 3x dziennie. Wytrzymałem może 2 miesiące, po spożyciu takiej dawki niedobrze mi się robiło w przełyku i żołądku, tylko rano na czczo było trochę lepiej. Nie widziałem wyraźniejszej różnicy w trakcie tej kuracji, więc odstawiłem to jakoś w maju-czerwcu. Witaminę D3 brałem sporadycznie, a następnie odstawiłem, a zamiast glinki kaolinowej kupiłem i spożywałem ziemię okrzemkową, bez większych zmian. Choroba się nasiliła wraz z nadejściem końca sierpnia, natomiast mój stan zaczął się poprawiać pod koniec omawianego roku. Spożywanie jedzenia: jadłem głównie owoce (i nadal tak robie) kupując je głównie od lokalnych producentów (szczególnie stare odmiany jabłek), warzywa (głównie pomidory, ogórki), orzechy/pestki/nasiona (najpierw je namaczam w wodzie, a potem zjadam – znacznie lepiej się czuje spożywając je w takiej postaci) i od czasu do czasu inne produkty (głównie produkty z roślin strączkowych albo nabiał głównie w postaci twarogu albo serów – po spożyciu produktów z roślin strączkowych czuje się całkiem dobrze, natomiast nabiał mi wyraźnie szkodzi, szczególnie odczuwam to, jeśli np. nie jem przez 2 tygodnie nabiału i nagle zjem większą jego porcję, wtedy czuję się, jakbym się po prostu zatruł tym jedzeniem). Wraz z upływem czasu nieco zmieniłem swój sposób jedzenia: większość owoce, warzywa (głównie pomidory, ogórki), produkty z roślin strączkowych (głównie tofu), czasem namoczone w wodzie lub świeże orzechy/pestki/nasiona, nabiał całkowicie odstawiłem, raz na miesiąc zjem coś „normalnego” np. podczas urodzin, jednak nigdy nie ruszam mięsa. Po takim jedzeniu, które jest serwowane na urodzinach, czuje się nim zatruty.
2017 rok:
Sposób jedzenia się nie zmienił znacząco, zacząłem jeść więcej owoców (szczególnie polubiłem świeże daktyle odmiany Medjool), a mniej innych produktów (warzywa, rośliny strączkowe, orzechy – w takiej kolejności wg zjadanej ilości). Oczywiście wszystko surowe, jeśli się da, z wyjątkiem produktów z roślin strączkowych. Ogólnie jem wtedy, kiedy czuje się głodny i to na co mam ochotę, jednak tylko to, po czym się dobrze czuje/nie szkodzi mi. Bardziej się teraz skupiam na rozwoju duchowym i na swojej psychice, pomaga mi to – lepiej się czuje psychicznie i fizycznie również, jestem też bardziej spokojny i opanowany. Objawy choroby się zmniejszyły, potrafię siłą myśli znacznie poprawić swoje samopoczucie i zmniejszyć ból, jednak nadal nie wiem jak się całkowicie wyleczyć. Badania krwi się trochę polepszyły porównując je z badaniami z 17.05.2016r. Badania zostały wykonane 28 marca. Morfologia w normie (hemoglobina: 14.3 g/dl, leukocyty 8.65 G/l, erytrocyty 5.21 T/l), OB: 26, CRP: 2.2, kreatynina: 0.65 mg/dl (norma: 0.70-1.20). Według mnie odstawienie nabiału dało lekką poprawę mojego stanu w porównaniu z poprzednimi wynikami z 17 maja 2016 roku. Moja waga przez ok. 1,5 roku nie zmieniła się w sposób znaczący, ostatnio nawet trochę przytyłem. Teraz ważę ok. 54 kg przy 177 cm wzrostu.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość WP Kontakt
Daniel



Dołączył: 07 Kwi 2017
Posty: 9

PostWysłany: 2017 08 04 12:08    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Od tego czasu intensywnie pracuje nad sobą przede wszystkim duchowo i zaczynam uświadamiać sobie coraz więcej rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Moje żywienie się zmieniło od tego czasu i jeszcze mniej uwagi skupiam na tym co jem, a bardziej na tym, jak jedzenie na mnie wpływa. Pozwalam sobie na więcej przetworzonego jedzenia, ale w mniejszych ilościach. Nauczyłem się nie jeść nic ciężkostrawnego wieczorem. Odstawiłem zupełnie rośliny strączkowe, teraz jem głównie owoce i produkty pszczele, trochę orzechów, pomidorów, czasem jakiś nabiał (ale coraz bardziej czuje, że mi szkodzi, coraz bardziej mnie odrzuca). Czuję, że potrzebuje głównie owoców (naturalnych cukrów) oraz małej ilości czegoś, co zawiera w sobie więcej tłuszczu i białka. Od czerwca staram się relaksować tyle ile się da, np. kładę się na łóżko, biorę głęboki wdech i wraz z wydechem rozluźniam całkowicie swoje ciało i umysł. Na początku to jest nieprzyjemne, ponieważ czuję, jak ze mnie wychodzi pełno negatywnych wzorców energetycznych (można to porównać, ale w bardziej łagodnej wersji, do wymiotowania lub biegunki) po czym czuje się lepiej. Czuję, jak cały ból i sztywność ze stawów i inne negatywne emocje nagromadzone głównie w okolicach brzucha wychodzą ze mnie z uszu w postaci nieprzyjemnego ciepła (czuć przy tym zmianę ciśnienia podobną do wjeżdżania kolejką wysokogórską na szczyt). Praktykując takie rozluźnianie zauważyłem, że pełno złości ze mnie uszło i trudniej jest mną manipulować. Jednocześnie zauważyłem bardzo dużą poprawę w ruchomości stawów oraz zmniejszenie bólu. Wnioski: Uważam, że przyczyna mojej dolegliwości tkwi w psychice. Wszystko prawdopodobnie miało swój początek w połowie lutego 2009 roku, kiedy nagle znikąd zacząłem się bardzo mocno stresować i dosłownie wszystkim przejmować. Była to 2 klasa gimnazjum. Nie miałem wtedy dobrego życia, wyżywano się na mnie od samego początku gimnazjum do końca liceum. Na początku to ignorowałem, ale potem miałem dość i zacząłem dawać się prowokować, chowałem do nich uraz i wizualizowałem sobie, jak ich krzywdzę. Dostałem dosłownie nerwicy i sama konieczność pójścia do szkoły była dla mnie wyzwaniem i dopiero po kilku godzinach przebywania w niej się uspokoiłem. Myślę, że jest bardzo prawdopodobne, że to była pierwotna przyczyna mojej dolegliwości. Tłumiłem w sobie negatywne emocje, chowałem uraz do innych, usilnie starałem się nie pokazywać, że byłem znerwicowany, żeby mnie nie wyśmiali. I takie tłumienie w sobie negatywnych emocji spowodowało nagromadzenie tylu negatywnych wzorców energetycznych, że moje ciało się po prostu zepsuło. Dopiero po jakimś czasie na studiach stopniowo sobie to uświadamiałem, pracując nad sobą i słuchając swojego ciała. Taką relaksacją mniej lub bardziej świadomie zajmuje się już od kilku lat, ale nie tak intensywnie jak od 2 miesięcy. Wsłuchując się w swój organizm w końcu zrozumiałem, gdzie leży problem. Również od 2 miesięcy nie zaobserwowałem jeszcze w sobie czegoś takiego, jak uczucie "ciśnienia" w uszach i wyrzucanie negatywnych energii w postaci nieprzyjemnego ciepła, jakby Światło je dosłownie spalało i wyrzucało na zewnątrz. Zdaje sobie sprawę, że trochę tych negatywnych energii dalej w sobie mam i trochę zajmie mi całkowite wyleczenie. Kiedy zniknie cały ból i sztywność albo coś ciekawego się zdarzy to napiszę o tym. Ci którzy też chorują na tą chorobę lub podobne choroby: pamiętajcie, że każdy chorujący cierpi na coś innego i każdego człowieka trzeba rozpatrywać INDYWIDUALNIE. Myślę, że postawienie komuś diagnozy w postaci ZZSK czy Reumatoidalne Zapalenie Stawów (RZS) oznacza, że TYLKO objawy pasują do tej jednostki chorobowej. Przyczyna może leżeć gdzie indziej. Myślę, że tak samo jest w przypadku wielu innych chorób. Jeśli lekarze nie potrafią znaleźć przyczyny, trzeba znaleźć ją samemu, tutaj macie mój przykład. Pozdrawiam i zachęcam do pracy nad sobą.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość WP Kontakt
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY Strona Główna -> Ja, Moje Życie i Moje Doświadczenia. Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group