Forum INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY Strona Główna INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY
Dyskusje o inedii, niejedzeniu, poszczeniu, dietach i inne.
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Sandra -- doświadczenie

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY Strona Główna -> Ja, Moje Życie i Moje Doświadczenia.
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
JMW



Dołączył: 13 Sty 2003
Posty: 1670
Skąd: Poznań

PostWysłany: 2007 06 04 12:15    Temat postu: Sandra -- doświadczenie Odpowiedz z cytatem

Ten tekst powstał ok. 5 lat temu. Przeniosłem go tutaj, z powodu reorganizacji serwisu internetowego niejedzenie.info. Jeżeli tekst jest twojego autorstwa, proszę napisz do mnie, bo korzystniej jest, jeżeli sam go umieścisz pod swoim imieniem.
---

Oszołomiona, niepewna, wahająca się,
Skrzydła wilgotne, skulone, nierozwinięte,
Jak gdyby wciąż formowane
Przez ciemność, zmianę, zamieszanie,
Wciąż skulone
W kokonie...1


02.09.2003 r., druga doba września, swoiście ciepłego, zabarwionego w zieleń Kentucky.

Na skórze wyczuwam podmuchy coraz mocniejszych i oziębiających całusów wiatru - czuję, że nie jestem w sierpniu.

Rok w rok, o tej porze zaczynam zataczać się w chłodzie. Wygląda to tak, jakby powietrze działało na mnie odurzająco, upijało i wprawiało mnie w stan zapomnienia-ogłupienia.

Z zewnątrz wyglądam zwyczajnie-niezwyczajnie – wysoka pannica, podróżująca po chodniku, dłonie ze względu na pojawiający się ziąb, trzyma w kieszeni(...) Stąpa równo, bywa, że zatrzymuje się przy wystawie, wypchanej po same kąty słodyczami, papierem czy mięsem lub też przy znajomym człowieku, którego stara się nie spotykać lub wymijać niepostrzeżenie (...)

Wewnątrz - same nieprawdopodobieństwa i fizyczne i umysłowe!

Podobnie jak w poprzednich latach, w okresie powakacyjnym, nachodzi mnie chęć oparcia o łysiejące drzewo, zsunięcia na ziarnistą podłogę wzdychającej Mamy-Ziemi, zasypania się liśćmi i przetrwania w narkotycznej nieświadomości ciągu sześciu zimnych miesięcy...zaczynam post.

Nie ustalam ze sobą jak długo będę w nim trwała. Z jednej strony ustalenie czasu może być pomocne - brnie się wtedy w kolejne dni oczyszczania z nastawieniem, iż do końca zostało tylko/aż XX dni.

Spoglądając z drugiego punktu – każdy ma inaczej poukładane we wnętrzu. Pewne osoby mają mocny lub też lżejszy obraz trujących chorób, jakich się nabawili, żyjąc na tej planecie. Ja takiego rozeznania nie mam, ale czuję, że nie należę do grona tych mniej zatrutych. Wręcz przeciwnie, zdążyłam zagmatwać organizmowi egzystencję - zarówno pokarmem jak i negatywnymi myślami(...)

Narkotycznemu pokarmowi szepcę stanowcze NIE. Odkładam szlachetnie srebrzyste sztućce na bok – słyszę jak metal widelca delikatnie uderza w srebro noża. Układają się ze sobą na krzyż. Talerz, z łyżką w środku, zsuwam - z dala od terenu układu pokarmowego - w głębię stołu, do którego prędko nie przysiądę. Spód naczynia marszczy obrus, ciecz (w języku kulinarnym zwana barszczem czerwonym), przypominająca mieszaninę krwi i kału, wypływa na blat. Niewzruszona tym wydarzeniem wstaję i wspinam się do siebie. Mam wiele pracy, a w niej tworzenie i utrzymywania umysłu w pozytywnych światach.

Koncentruje się na spokoju.

Z lekką satysfakcją i dreszczykiem przemykającym po plecach i brzuchu myślę o sensacjach, jakie na mnie czyhają i które wskazują, iż organizm jest coraz bliższy pierwotnej czystości. Czuję się jak ciekawe świata dziecko, wyruszające na wyprawę w nieznane, mające nad sobą opiekuńczą dłoń - dzięki temu ręcznemu płaszczowi przeciwlękowemu nie boi się.

Pierwsze dni postu przechodzą formalnie, nowości z prostej przyczyny zaczynają się po ósmej dobie - jak dotąd najdłuższy post, jakiego się dotknęłam, przedstawia się w cyfrze siedem. Przychodzą do mnie bóle, a także strapienia. Ciało zaczyna słabnąć. Wszelkie ćwiczenia wykonuję z trudem. Muszę się mocno przemóc, aby uczynić cokolwiek. Każdy większy „wysiłek” jest poprzedzony długim dumaniem, przyzywaniem wszelkich „za” i „przeciw”, przekonywaniem się, wielokrotnym przewracaniem się z boku na boku, z pleców na brzuch i na odwrót. Gdy już upewniam się o słuszności ruszenia z łoża - powstaję. Wykonuję niezgrabnie ruchy, mające przywrócić mnie do świata żywych. Jazda na rowerze (w tej dziedzinie jestem prawdziwym żółwiem, ale uśmiecham się na widok starszych pań o suchej cerze, które z entuzjazmem mnie wymijają), szybszy marsz, wchodzenie po schodach kończą się trudniejszym oddechem, z którym nie potrafię się porozumieć. Dlatego spowalniam niezbędny ruch. Bez fizycznego działania byłabym kompletnie zmaltretowana i na najlepszej drodze do pogrążenia się.

Pod koniec drugiego tygodnia dostaję niespodziankę. Pojawia się w ustach w postaci nieprzyjemnego posmaku - to pani ropa - schodzi i płynie spokojnym strumieniem przez kilka dni. Źródełko ropne wygasa po tygodniu. Jestem tym zaskoczona, ale nie martwię się i nie skrzywiam, bo przecież wszystko pędem zlatuje, a o to chodzi w całej tej zabawie. Mam wrażenie, że takie zanieczyszczenie zostało spowodowane częściowo przez zabawy z chemicznymi środkami, głównie amfetaminę, a także przez alkohol, którego uczęszczając do liceum nie żałowałam sobie.

Amfetamina poosadzała się mocno, ale nie na tyle, aby zostać we mnie na wieki.

Nie miałam żadnego doświadczenia z tą chemiczną substancją przez ponad 18 miesięcy. Wówczas kusiłam się na skosztowanie białego proszku w porze doby, gdy nadchodzi czas na wyjście z ciała. Dzień był powracaniem do równowagi, analizowaniem i chwaleniem się przeżytych, sztucznie napędzanych chwil. Teraz non stop czuję gorycz i smród tamtych nieprzemyślanych figli.

Pod koniec pierwszego tygodnia zaczyna wychodzić na jaw wysypka. Miejsce ujawnienia się wysypki - tuż pod pachą.

Wygląd - taki sobie, nic szczególnego.

Obszar – niewielki, od wschodu do zachodu około 40 mm, od południa do północy ca. 35 mm.

Wysyp toksyn naturalnie swędzi i zachęca do drapania, co od czasu do czasu czynię. Wysypka zaczyna znikać po około pięciu może siedmiu dniach. Nie zauważam tej straty, jestem nazbyt zaabsorbowana obserwacją schodzenia ropy. Po odejściu nie dokucza mi w ogóle. Podczas postów, które trwały dłużej niż 3 doby, wyskakiwała i chowała się, czyli toksyny nie uwalniały się, dalej we mnie zostawały i czekały na mocniejsze wrażenia. Życzenie zostało spełnione.

Dwa początkowe tygodnie są pod względem fizycznym dosyć słabe, czym lekko się zadziwiam.

Wyobrażałam sobie nie takie rewelacje. W związku z taką sytuacją, przestaję liczyć na cokolwiek i biorę to, co przynosi nowy dzień. Uspokajam się także myślą, iż organizm jest zajęty wyrzucaniem nieczystości i przestaję zawracać mu głowę wysyłaniem myśli, mających na celu wrzucenie wyższego biegu.

Chudnięcie nie jest drastyczne. Maszyna do ważenia jest zmaltretowana - naważyła się w swym życiu.

Nie mam ochoty wyruszać na kupno nowej, więc intuicyjnie oraz wzrokowo oceniam czy kilogramy gubię w zbyt szybkim tempie, czy też wszystko odbywa się miarowo, bez szaleństwa. W tym temacie podejście mam równie spokojne i optymistyczne jak w przypadku wysypki. Nigdy nie narzekałam na nadmiar „mięsa”. Po rozmiarze ubrań widziałam, czy nie poświęcam jedzeniu za wiele uwagi. Jeśli tak było, pewne produkty odsuwałam na bok, także ani anoreksja, ani bulimia, ani popularne (wśród dzieci, kobiet i mężczyzn) diety nie zostały moimi przyjaciółkami.

Widzę jak schodzące kilogramy sprawiają radość organizmowi - nie ma tyle pracy, tyle do dźwigania, w związku z tym postanawiam wyczuć, w którym momencie osiągnę optymalną wagę, zapamiętać ten stan i trzymać go w garści.

Przez prawie cały okres postu pracuję. Wymierzyłam sobie czas pracy na sześć godzin. Z jednej strony nieco się przez to męczę - wolałabym być gdzieś z dala od obowiązków, na spokojnym gruncie, ale nie daję się zbić z tropu narzekaniom. Zadania, jakie wykonuję nie są męczące, a czasami wręcz ułatwiają przechodzenie przez post - mam przyczynę, by rano powstać, a nie - gnić do niewiadomej godziny pod kołdrą, tudzież kocem.

Trudno zapomnieć o wlewach, których potrzebę czuję wymacalnie.

Większość masy na pewno wyszła i nie powróci. Są jednak jeszcze drobniejsze odpady, które zapewne znają historie moich jelit obejmującą nie miesiące, lecz poczciwe lata. Siedzą głęboko i nie wiedzą gdzie jest wyjście, więc poczuwam się do obowiązku, by wskazać im właściwy kierunek. W pewnym sensie kłują mnie, dają znać, iż nic dobrego mi nie uczynią i nie ma innej rady - należy je stamtąd przeganiać aż do skutku, do ostatniej tandety, kłaka, śluzu, wbitych w ściany jelit zagniłych drobinek pokarmu.

Obserwacja wychodzących ścieków, które zwę afrykańskim bazarkiem, nie należy do miłych momentów (choć są osoby, które może to fascynować), ale dobrze jest wiedzieć, co gnieździło się w człowieku przez lata, co było powodem pewnych niedogodności zdrowotnych. Gdy pewnego razu zerkam okiem, zauważam pana tasiemca, którego pozbywam się w fragmentach. Lekko mi go żal, przecież był życiem, cząstką mnie, ale nikt go nie zapraszał. Morał – nieproszeni goście kończą marnie.

Usłyszałam i wyczytałam różne zdania na temat lewatyw. Na początku i w większości przypadków perspektywa zabiegu zniechęca. Mnie bardziej zraża fakt zatrzymujących się w organizmie resztek pokarmu które z lenistwa i nieporadności zatrzymują się w nas, osadzają na jelitowych ścianach, w spokoju ulegają przegniciu. Bez ręcznej pomocy nie ma rady, nie ruszą się! Często zdarza się, że osoby, które najmocniej bronią się przed taką pomocą wypłukiwania tkwiących wewnątrz organizmu brudów, czerpią z tego największe korzyści. Wtedy wszelkie niechęci odchodzą. Przychodzi zaś uczucie lekkości, a jeżeli występowały nieprzyjemne odczucia w układzie pokarmowym lub też konkretne choroby, to niedogodności te idą precz. Wykonanie wlewów jest nie tylko zdrowotnym, wewnętrznym prysznicem, pomaga również pozbyć się głodu, który niektórym mąci i utrudnia pierwsze dni postu (...)

W jednym z gorszych dni, pod względem samopoczucia psychicznego jak i kondycji „cielskiej”, widzę, że mam żal i ukrywany bunt do bliskich, który gdzieś tam się czaił, ale nie dawał się rozpoznać. Przez kilka chwil siedzę i nękam się złymi opiniami. Zwalałam na nich winę za wszystko, denerwuję się tym, że są tacy a nie inni, zapuszczeni w sobie, brudni. Widzę, że nie pasuję do nich i szlag mnie trafia, bo teraz muszę przez nich pościć, w dodatku nie pojmują tego, sami wciąż się trują, a z powodu mojej coraz jaśniejszej czystości dziwnie cierpią. Żal ich ściska.

Siedzę i użalam się nad sobą, nie wiem co robić, znika sens wszystkiego.

Schodzę na dół, ale widząc winną moich bóli rodzinę, słysząc ich mowę, zawracam do siebie, do swojej jaskini i czekam(...) Jestem cała sztywna ze złości. Czuję, że mogłabym przejść przez pokój jak tornado, wyobracać wszystkie meble, spiłować je w strzępy, równie delikatne i drobne jak te, które siedzą w ścianach jelita. Siedzę ze spuszczoną głową i kiwam nią ze zmarnowania, poczym zaczynam słyszeć w sobie wzrastającą ulgę, czuję w płucach świeże powietrze, a myśli przybierają barwy jasnego turkusu i różu, mam radość ze stanu w jakim tkwię. Tak jest mi dobrze.

Powodowana tym wydarzeniem podejmuje się czynienia aktów przebaczenia. Wizualizuję osoby, które przychodzą mi na myśl. Przypominam sobie, czy mam do danej postaci pozytywny stosunek?

Czy jest coś, co chciałabym im powiedzieć, coś co mnie dusi i uniemożliwia utrzymywanie wypragnionych relacje?

Czy mamy popsute stosunki, jeśli tak to gdzie i czym jest to spowodowane?

Jeśli czuję „duszność”, niedogodność w wyobrażeniu postaci – ślę przebaczenie. Powtarzam ten seans kilkakrotnie, za każdym razem sprawia mi odprężenie i przypływ otuchy. Z chwili na chwilę coraz łatwiej potrafię wyrażać się pozytywnie o postaciach, które niegdyś mogłam wyzwać od wrogów. Osoby, na których myśl ściskało mi jelita, a ślina ściekała na czubki ich głów, stają się coraz bliższe. Czuję do nich przypływ niesamowitych, ciepłych emocji.(...)

W okolicach dnia 18 spotyka mnie upragniony swoboda, spokój, chęć na przeróżne czynności i siła dla nich. Jak na "niezłość", nikt mi nie dokucza, nikt nie rozkazuje, nawet nie próbuje tego robić - wszyscy się zmówili.

Krótko po dniu 18, w godzinie 18.00 dostaję od mamy uwagę, iż czuć ode mnie zapach acetonu. W ten sposób wychodzi na jaw proces ketozy, kolejny znak, że post to najlepsza decyzja mojego obecnego życia. Dziwne, że proces ten ma miejsce w tak późnym okresie odtrucia, ale ponownie nie smuci mnie ten stan.

Jednak sposób, w jaki mama zakomunikowała mi woń acetonu, nie podoba mi się, podrażnił mi ucho i poharatał serce. Dokopała mi. Dochodzi do jednego z mocniejszych wyrzutów emocjonalnych. Cholera mnie bierze. Czuję się samotna i pusta. Potrzebuję milczenia, choć kropli zrozumienia, a otrzymuję niepotrzebne słowa i to z powodu acetonowego odoru. Mam ochotę chwycić cokolwiek jadalnego i zapchać duszący rodzicielkę aromat. Stoję i zaczynam czuć przypływ wrzącej krwi do głowy. Myślę sobie:

„Co Ty kobieto ode mnie chcesz? Co o mnie wiesz? Kim dla mnie jesteś? Spędzasz pół życia w kuchni, obżerasz się, a Twoje wnętrzności czuć na mile i ośmielasz się po raz 5 chyba z rzędu czynić bezsensowne uwagi ‘że czuć acetonem’? W dodatku usta masz napchane jedzeniem. Żenada. Miło by było gdybyś się udławiła. Rzygam całym tym domem(...)”

Po chwili czuję zbliżające się łzy, ale uspokajam się i tłumaczę jedzącej mamie, że to normalne przy oczyszczaniu organizmu i odchodzę. Jestem zamęczona tym wybuchem.

Tego typu odniesienia do mnie, na mój temat potrafią mnie załamać, podobnie działają na mnie pytania „czy już jadłam”, tudzież „co Ty właściwie jesz?”. Dręczą mnie i dobijają. Czuję się tak, jakbym była gwoździem, a każdy z domowników młotkiem, który z dnia na dzień dobija mnie, skrzywia, prostuje. Wieczorem rozmyślam nad tą sytuacją, wiem że te odczucia nie są nowością, jednak natężenie ich było wyjątkowo ogromne.

Nie mam żalu, czuję wdzięczność za to, co mnie spotyka - za tych rodziców, za to rodzeństwo, za to społeczeństwo, za siebie. To, jak mnie traktują pozwala mi otwierać się na coraz trudniejsze sytuacje i uczyć się prawidłowego współżycia, a także pokazywać siebie w nieskrzywionym zwierciadle. Taką, jaka jestem w najrzeczywistrzej rzeczywistości.

Zauważam, że tak jak tematem tabu jest seks, tak ja uczyniłam temat tabu ze swojej diety, z pasji do postów, do rozwoju duchowego. (Długi czas oszukiwałam siebie myląc, że „zmusiło” mnie do tego społeczeństwo, choć tkwi w takim toku myślenia łza prawdy). Nigdzie indziej nie czuję się tak skrępowana, w tych tematach jak w domu, a przecież jest to miejsce, w którym spędzam najwięcej czasu, gdzie spełniają się coraz to nowsze doświadczenia. Mam namacalne uczucie uwiązania, zapięcia w nieprzepuszczający powietrznie i emocje kombinezon, naszpikowany kolcami. Zaczynam powoli to zmieniać, ale bardzo stopniowo. Co jakiś czas zaczynam opowiadać na temat pewnych składników, o tym jak pustoszą organizmu lub jak sprawiają mu przyjemność. O postach jak na razie milczę. Wykładam na centralny mebel wszelkie książki – tam jest ich miejsce. Skoro odgrywają tak ważną rolę w moim życiu, to niech znajdują się na honorowym, ogólnodostępnym szczeblu.

W ten sposób post staje się również początkiem leczenia ze strachu – akceptowaniem go. Lęku nie przed tym co robię lecz przed obawą, że ktoś może nie zaakceptować mojej drogi, moich wyborów.

Pod koniec tygodnia trzeciego natykam się na smutek. Samopoczucie osuwa się o kolejny stopień w dół. Powód- wyjazd brata na odosobnienie. W tych dniach liczyłam na wsparcie, na wyręczenie z pewnych obowiązków. Czuję, że w pojedynkę nie poradzę sobie(...)

Myliłam się co do swoich sił - nie jest tak „źle”. Radzę sobie sama, wywiązuję się z postawionych przede mną zadań. Już nie lękam się matczynych zdań informujących, iż coś ode mnie czuć. Niech mówi co chce. Czasami złe myśli powracają, nagabują do ataku, skapitulowania. Odrzucam je szybko i sprawnie, przemawiając do siebie: „no i co z tego”. Zwrot- metoda zapoczątkowana i podyktowana przez Joachima2.

Później jest podobnie – radzę sobie sama. Nastaje nowy rok studencki, brat po powrocie z odosobnienia ucieka na studia, ja sama zaczynam nową partię swego młodego, ciekawego życia, udając się na naukę do twórczej szkoły. Jest to kolejna pomoc, dojdzie zajęcie: zgłębiania interesujących lektur, traktujących o manipulacji, sztuce, języku oraz praktyczne nauki z reklamy, kompozycji, rysunku, malarstwa. Coś co daje mi siłę, satysfakcję. Wchodzę na pole, na którym będą mogła ukazać, iż nie mam żadnych ograniczeń.

Koncentracja spokoju przechodzi metamorfozę w ześrodkowanie na spokój i pasję.

Pierwszy mocny kryzys przypadł w 20 dzień. Przejawił się chęcią wypicia soku. Na moje szczęście w domu miałam tylko jabłka (komu po 3 tygodniach nieruszania czegokolwiek, co wiąże się z przygotowywaniem jedzenia, będzie się chciało wyciągać sokowirówkę, kroić owoce, no i najważniejsze - sprzątać po sobie?). Podejrzewam, że gdyby w koszu leżały wygodne do wyciśnięcia pomarańcze tudzież greapfruity to mogłabym się pokusić. Kryzys sobie poszedł.

Na trzeci tydzień przypada odskok od różnych potraw, czyli niechęć do składników, które czasami kuszą podczas postów, a także po nich. Nie podniecają mnie w ogóle słodycze. Jedyne, co mi chodzi po głowie, to kwaśne potrawy, a dokładnie warzywa typu por, kiszony ogórek, kiszona kapusta i mam obiecane, że spełnię tę zachciankę po wyposzczeniu, w odpowiednim czasie.

Każdy z nas to szczególny przypadek, któremu warto poświęcić czas, cierpliwość i ciekawości, mnóstwo radości i pasji(...) Przeanalizowałam część przeżytych i przejedzonych chwil. Widzę niektóre przyczyny upadku zdrowia, wygięcia się organizmu od prostej linii zdrowia.

Własne zanieczyszczenie organizmu mogę w dużym stopniu zawdzięczać tradycyjnej kuchni śląskiej, a także braku skąpstwa rodziców w obdarowywaniu dzieci słodkościami (co nie znaczy że czuję z tego powodu żal lub bunt). Nigdy nie oskarżałam się o przesadę w jedzeniu domowych, sytych obiadów. Byłam osoba szczupłą, sprawną, czułam się dobrze. Tylko dobrze.

Post to okres refleksji, przypominania sobie różnych scen z życia (tudzież żyć). Przebrnęłam przez dzieciństwo, młodzieżowe lata i okazało się, że tkwiłam w błędzie. Jedzenia opartego na mące wtrącałam w swoje ciało na pewno w zbyt dużych ilościach, czego wówczas nie odczuwałam i nie widziałam. Wszyscy tak jedli. Za normalne i wręcz zdrowe uznawałam jedzenie wszystkiego, co kładzie się na stół i podsuwa pod usta: wszelakich zup, opartych na zasmażce (na twarzkę) i dodatku ziemniaków, makaronu i oczywiście różnych warzyw, zmaltretowanych wielogodzinnym duszeniem w garnku, pełnego chlorowanej wody. Zjadałam obfite porcje dań typu: naleśniki, placki ziemniaczane, pierogi (z nogi), kluski, drożdżówki i inne rzeczy, które teraz wydają mi się ciężkie, a swą mącznością, tłustością, białkowością przerażają, i odstraszają na wieki (a są uznawane za zdrowe). Nie muszę chyba dodawać, iż te potrawy doprawiane były/są dodatkami typu: śmietana, sosy, słodkie dżemy, cukier, bo jak to mawia moja babcia - prawdziwa fanka i spec od tradycyjnej tłustej śląskiej kuchni: „Jak to tak jeść bez niczego? Tak na sucho?”. Ano tak to babciu...

W taki a nie inny sposób, doprawiając to jadło buntowniczymi, samobójczymi, młodzieńczo-masakrycznymi myślami (a także często czynami), powstał we mnie jeden wielki mętlik, który szybko narobił spustoszenia w organizmie, za co serdecznie i czule dziękuję. Dzięki temu mogę już teraz żyć w Świadomości, iż potrawy wyżej wymienione nie służą mi i najlepiej robię trzymając się od nich z daleka. Nie myśląc o nich.

Widzę wielce pewną szkodliwość produktów (głównie białko, skrobia), składających się na poszczególne smaczności. Wyrządzają krzywdę wielu ludziom, często powodując skórne choroby. Młode osoby (niekoniecznie młode, sama jednak nie miałam okazji doświadczyć starszego, bardziej dojrzałego wieku, więc nie będę się wypowiadała, ale czuję że tak jest) często i niestety coraz częściej zostają dotknięte przez m.in. problemy z cerą, typu: tzw. trądzik; tłusta cera; rozszerzone, zabrudzone lub pozatykane pory; zaczerwieniona, niemiła w dotyku skóra, którą posiadacz może odczuwać jako wiecznie buzującą bombę; częste wypryski itepe itede (albo wszystko to naraz). W takiej sytuacji atakuje się to, co jest widoczne, czyli skórę, a przyczyna chowa się w środku. Skóra jest wspaniałym zwierciadłem kondycji wątroby, poziomu zanieczyszczeń osadzonych w jelicie. Także wielką pomyłką może okazać się stosowanie chemikaliów z nalepką „antybakteryjne”, „do tłustej cery”, „żel antytrądzikowy”, „zwężający pory” oraz wszelkich maści, kremów, toników, płynów zapisywanych przez specjalistów od leczenia skóry, a produkowanych przez firmy, które chcą dać szczęście i ukojenie młodym ludziom (nie oskarżam nikogo o brak dobrych intencji).

Zachęcam do wglądu we wnętrze i wyczucie prawdziwej przyczyny danej dolegliwości, a potrzeba męczenia skóry trującymi środkami zniknie.

Wiem, że ciągnące się przez dłuższy i „niepotrzebny” okres problem skórny, a także wysypka, były spowodowane cząstkowo lub też pogłębione przez używanie kosmetyków. Świetnie dałam się nabrać na opinie dermatologów, na piękne cery pań reklamujących i zachwalających niesamowite, cudotwórcze żele, kremy etc. Odeszłam od wklepywania i wmasowywania w siebie tych specyfików. Na początku przeszłam na płyny dla niemowląt, ale i te mają podejrzany skład (dziwne związki chemiczne, które dopiero rozwiązuję, perfumy), więc odeszłam i od nich. Naturalnym i wystarczającym środkiem czyszczącym jest woda, używana w odpowiedni sposób. Zdarza mi się dla przyjemności dodawać do kąpieli ziół, ale też nie za często, gdyż wywodzę się ze znanego gatunku leniwców. Każda kąpiel kończy się naprzemiennym prysznicem: najpierw ciepły, potem zimny i znowu ciepły natrysk, po czym kończę na amen zimną wodą. Na początku nie przepadałam za taką kosmetyką (kwestia przyzwyczajenia, powrotu do źródeł), ale widząc wspaniałe efekty, stałam się ulubienicą tego typu dbania o ciało. W ten sposób sprawiłam sobie kolejną wygodę, bo taka decyzja pozwala na spuszczenie z oka półeczki, na której piętrzą się tony wspaniałych tubek, pudełeczek, kubeczków i całe masy innych sztucznych pojemników, wypełnionych podejrzliwie pachnącymi substancjami. Kolejny „obowiązek” odpada. Dzięki temu można w ogóle nie mieć półeczki. (Interesująca może być architektura łazienek należących do takich osób jak ja. Cztery ściany, płaskie, bez żadnych zgrubień, wnęk, wwierceń, z lustrami lub bez, tylko prysznic i wanna. Maksymalny, estetyczny minimalizm(...)) O zachowanych „drobnych” w portfelu nie muszę wspominać

Minusem, choć da się z tej wady wyrobić plus, jest to, że nie mieszkam sama, wręcz przeciwnie, mam w swej kamienicy lokatorów w postaci ludzi jak i zwierząt, ale brakuje mi wsparcia domowników (choć nie powiem, koty się starają!). Moi współlokatorzy tworzą czasami zbyteczny hałas, a także zapachowy bałagan, gdyż wszyscy są jak najmocniej pochłonięci jedzeniem oraz emocjonalnym obnażaniem się. Uczę się uodparniać (akceptować) na humory rodziny, na przykre uwagi i komentarze. Przed przystąpieniem do postu, miałam ochotę uświadamiania ich w temacie – właściwe odżywianie się, posty. Widząc ich brak zainteresowania tą tematyką, a wielką pasję zatruwania się i doprowadzenia ciała do stanu, gdy człowiek zaprzestaje wydobywać tchnienie, zaprzestałam i skoncentrowałam się na sobie. Jedyną osobą w tym wszystkim, która jest w stanie mnie pojąć jest młodszy brat Tymon, student psychologii. Od dłuższego czasu wykazuje głębokie zainteresowanie buddyzmem co zaciekawia i mnie. Pogrąża się mocno w praktyce, podobnie jak ja regularnie ćwiczy asany, medytuje, jednym słowem – pokrewna dusza, mieszkająca tuż za ścianą, drzwi w drzwi, jestem wdzięczna za takiego sąsiada. Myślę, że z czasem stanie się wielką pomocą, jeśli rodzina będzie zdziwiona moimi zainteresowaniami, poglądami, spokojem oraz przemianą, odkładaną niegdyś ze strachu na później.

Biorąc na ostrze noża i chcąc zrewidować siły fizyczne, to stwierdzam, iż są dziwne. Nie mogę się nazwać anemiczną, czy też powolną Sandrą, bo ruchy wykonuję energicznie. Jestem spokojna, przynajmniej przez większość czasu. Wytrącenie mnie z tego stanu to prawdziwe szaleństwo i rzecz trudna do wykonania. Mam wrażenie, ze chodzę po innym terenie niż inni. Zdarzają się uderzenia ciepła do czaszki, ale nie są nieprzyjemne. Ćwiczenia (joga) przynoszą duży zastrzyk energii, z którymi się zaprzyjaźniam i proszę, aby bywały ze mną częściej. Prawie zawsze przychodzi mocne wibrowanie w dolnych kończynach. Ciekawi mnie i pociąga trwanie w tym stanie, choć pewnego razu wibracja jest wyjątkowo silna i muszę przykucnąć i otrząsnąć się. Powstawanie wykonuję ostrożnie (początkowo o tym zapominam, co doprowadza do ryzykownych zachwiań, na szczęście z czasem wchodzi mi w nawyk) i tym samym hamuję zawroty głowy. Pojawiają się jeszcze czasami mdłości, ale nie są uporczywe. Wiążą się zapewne z cieknącą ropą i śluzem, które nie zawsze wyrzucam w porę na zewnątrz, przez co spływają mi do żołądka. W trzecim tygodniu utrzymuje się skromne pragnienie na wodę gazowaną. Picie wody źródlanej niegazowanej jest istną torturą, nie mogę się przemóc, także pozwalam sobie na picie wody ze źródła w Polanicy Zdroju i czasami na skromną wodę gazowaną, co daje ukojenie i zastrzyk energii(...)

Podczas jednej sytuacji mam wrażenie, że jestem wlokącymi się zwłokami, które proszą się o dobicie, bo same w sobie są jeszcze zbyt silne, by skonać. Nie wiem co się dzieje. Obserwatorka tego widoku jest znajoma. Zwraca uwagę na fatalny stan, w którym się znajduję. Boi się o mnie i mówi o tym. Więcej siedzimy niż chodzimy. Mam mocne mdłości. Przypominam sobie, że przecież od powstania nic nie piłam. Przynosi mi wodę, wlewam w siebie płyn i od razu staję się mocniejsza, żwawa, z milczka przeradzam się w skromną gadułę, można poznać, że ja to ja. Przyjaciółka jest zszokowana taką natychmiastową metamorfozą.

W pewnych dniach występuje takie otępienie, zniechęcenie do wszystkiego, że nawet leżenie doskwiera psychicznych utrapień. Znając siebie i podatność na takie stany od początku pracuję nad „aktywnością”. Nad wyczuciem faz doby, w których jest mi najlepiej odpocząć we śnie, kiedy najlepiej pracować, a kiedy uczyć się, czy też oddać się ćwiczeniom, co czasami jest bardzo ciężkie. Nie przychodzi mi to z łatwością. Cały sęk tkwi w tym, aby móc się przemóc, mnie nie zawsze to się udaje, ale praca i konsekwencja czyni mistrzem (można rzec, przeinaczając zjadliwe i wiekowe przysłowie –„Bez pracy nie ma kołaczy” – „Bez pracy nie ma Mistrza”), także z czasem jest coraz lepiej. Widzę, że zbyt lekceważyłam pierwsze dni postu, kiedy to samopoczucie było bardzo dobre, a właściwie zwyczajne i nie oddawałam zbytniej uwagi i czasu na wyciszenie umysłu oraz na rozpoczęcie i wyczucie najmocniej właściwych zadań fizycznych.

Nie pomaga, a wręcz przeciwnie, utrudnia przebieg postu chodzenie z głową w chmurach, wybieganie w przyszłość. Rozsądzam, co będzie się ze mną działo za kilka dni albo po poście, przez co umykają istotne emocje, pewne ważne elementy pojawiają się i powodują stany, którym później się dziwię. Przez miałkie marzenia ponoszę straty, ale wiem że to kolejna partia materiału do opracowania. Post kończę w 24 dobie.

Po ascezie pokarmowej miewam różne chwile, raz lepsze raz gorsze. Zaczynam od soku z jabłek, co nie jest dobrym trafem. Intuicyjnie wyczuwam „smaka” na cytrusy. Dalej wlewam w siebie sok z jabłek, co powoduje delikatne opadnięcie sił i przykre uczucie samotności, smutku, więc zaczynam pić sok z greapfruita, a także z pomarańczy. Wiem, że działają te napoje ochładzająco, ale nie mam już tak znacznego dylematu z utrzymaniem ciepłoty organizmu, które notabene zawsze mi sprawiało kłopot. Marzłam w ciepłych pomieszczeniach, w promieniach grzejącego Słońca. Taki ze mnie był typ. Było to bolesne i często mnie paraliżowało. Obecnie rozgrzewam się prędko i coraz lżej utrzymuję temperaturę, śpię pod kocem.

Największy pociąg odczuwam do pestek z dyni i słonecznika, od żucia których aż boli mnie szczęka. Z owoców uznaję wyłącznie jabłka, z których jak wampir wysysam sok, a to co zostaje wypluwam. Z warzyw pomidory, tutaj wcinam tylko sam środek. Będąc chwilami lekkomyślną i poddająca się chwili słabości pozwalam sobie na porcję twarogu z pomidorem i sucharka z żółtym serem. Zjadam, czuję się dobrze, ale w następstwie pobolewa mnie gardło, ale zauważam wówczas, jak usprawnił się mój system wydalniczy, nic nie zalega w ciele, wszelki śluz, który przychodzi, wyskakuje od razu. Infekcja być może ciągnęłaby się przez tydzień jak nie dłużej (tak bywało w przeszłości), ale udało mi się zdając się na intuicję pożegnać ją w 3 dni. Na początku pozwoliłam sobie na napoje, głównie ciepłe (rumianek, mięta, malina lub zaparzone liście geranium, a także soki – burak, jabłko), ale później widząc, że mam jakiś dół spowodowany przez tęsknotę do pewnych stanów, jakie miałam szczęście przeżywać poszcząc, zakupiłam wodę destylowaną, którą delikatnie podgrzewam, bo nie mam ochoty na picie niczego, co chłodne. Po całym dniu na ciepławej zdemineralizowanej wodzie oraz długich kontemplacjach, odbywam wspaniałą senną podróż i ranem czuję się wspaniale. Z radości, a także z zamierzonej decyzji dalej nie jem, uspokajam delikatne pragnienie wodą i postanawiam pić nim baniaczek z wodą destylowaną nim nie zostanie opróżniony.

13 dób po przeżytym poście o wodzie, wymyślam posty suche. Spontanicznie, bez zbędnych przemyśleń. (Tak, przemyślenia bywają zbędne, wówczas intelekt ustawia intuicję, spycha ją na dalszy plan).

Wpadam na tę myśl podczas deptania drewnianych desek, w mało tradycyjnym pokoju brata, formującym się w kształt litery „L”. Na czaszce trzymam słuchawki, w uszy jest mi ciepło, wręcz wrząco. W dłoniach tkwi butelka z wodą, którą obracam, macam, otwieram i zamykam. Przeszukuję stacje radiowe wyłapując moich rytmów, nic nie ma, więc poświęcam się szerzej wychodzeniu pomysłu na cokolwiek. Nagle na „coś” wpadam. Siadam. Zrzucam z głowy słuchawki i otaczam pomysł mocą...to trwa minuty - stwierdzam, że będę robiła wszystko prócz picia i jedzenia...

11 oraz 12 października – sobota i niedziela. Spędzam te dni na pierwszym, świadomym poście suchym. W poprzedzających dniach jestem na wodzie lub jem jeden posiłek dziennie. Ostatni pochłonęłam w piątek rano, by później, podczas dnia przygotowywać się bez stresu i bez zalegającej we mnie masy.

Podczas „weekendowej suszy” chcę zabrać jakąkolwiek styczność z wodą. Jednak po pobudce czuję nieświeżość, która wyszła z wewnątrz i poosadzała się na skórze oraz wniknęła w materiał, co zachęca mnie do wejścia w wodę. Zaraz po tym przychodzi do mnie informacja o dyżurze sprzątania łaźni (domowe obowiązki), wtedy bez oporu wskakuję do wanny na dłuższy relaks. Kończę tradycyjnie prysznicem z chłodną, a nawet zimną wodą. Ta końcówka oczyszczania wodnego staje się już boskim rytuałem. Siedząc w gorącej, zmiękczającej kąpieli lub prysznicując się ciepłą wodą z dreszczykiem myślę o zbliżającym się zimnym potoku, który zamknie kanały energetyczne. Z czasem rezygnuję z wycierania się, dzięki czemu zachowuję zasilająco-chroniącą otoczkę wokół mego ciała.

Czynię kolejny remanent w dziennym grafiku. Wieczorem wykonuje niezbędną toaletkę, czyli obmywam ciało, aby usunąć nieprzyjemne wspomnienia dnia oraz sprawić, by organizm czuł się dobrze podczas snu, zaś rano, w okolicach 5.30 sprawiam sobie kąpiel. Mam dzięki temu zapewnioną intymność, spokój, nikt nie wali w drzwi, nie pokrzykuje wyrzucająco lub nie rzuca pytania, czy przypadkiem nie utopiłam się lub nie rozcieńczyłam do granic możliwości

Zauważam chęć do zapuszczania głowy pod wodę i wstrzymywania oddechu. Kilka dób po tej wodnej obserwacji, siedząc przy „Bioenergetyce i Biosyntezie” wielmożnego Małachowa, wyczytuję:

„(...)nurkowanie w wodzie z zatrzymaniem oddechu prowadzi do akumulacji i zatrzymania większej ilości dwutlenku węgla w organizmie. W rezultacie dwóch wyżej wymienionych mechanizmów trwa silna stymulacja biosyntezy”

Wiem, że to co wyprawiam jest mini-nurkowaniem, ale czuję, iż sens i skutek ćwiczenia zostaje zachowany. Gorące kąpiele, to nie to samo co sauna, korzystam jednak ze skromnej powierzchni jaka przypada na łazienkę, przy lejącej się gorącej wodzie, zamkniętych drzwiach i oknie, tworzy się przyjemna tajemnicza mgiełka, więc prócz mini-nurkowania, mam mini saunę.

Zabiegi wodne wciąż udoskonalam, wedle wyczucia, upodobania a czasami kierując się wygodą lub po prostu lenistwem.

Obserwuję skórę. Widzę jak się zmienia. Pewne partie porów – brodowe, policzkowe - wspaniale się zwężają, niedługo nie będą w ogóle widoczne. Skóra podczas dotyku jest delikatna, przyjemna w dotyku, odbiorze. Wizualizuję podczas wodnych zabiegów, jak woda zabiera wszystko, co gorszy boskie ciało, a daje to, o co szepce cicho skóra.

Post suchy trwający dwa dni dał zdumiewający efekt. W drugim dniu pozbawiłam się kontaktu z wodą. Czas, który zawsze oddaję zjadanemu pokarmowi, mam powiększony o szereg cennych minut. Koncentruję się całą sobą na oddechu. Wdech na raz, następnie rozłożenie powietrza w płucach na 4, a na koniec jego swobodne ujście. Staram się, aby zliczanie sekund było swobodne, dyktowane przez wewnętrzne organy, tak by nic nie zeszpecić w środku. Właściwie nie są to sekundy, choć początkowo, wymawiając cyfry, jestem zrównana z tykaniem wskazówki od zegara, ale po pewnym czasie mijamy się i nie zwracamy na siebie uwagi. Zegar sobie, Ja sobie. Po zakończeniu czuję w pewnym momencie przyjemne uczucie na płucach. Tak jakby ktoś rozpylił jakąś substancję przypominającą zdrobniony do granic możliwości świetlisty brokat. Spada na moje płuca i przynosi błogie uczucie, jakie nigdy mnie nie dotknęło.

Widzę i czuję efekty bezwodnego postu. Podczas nawadnianej abstynencji pokarmowej pojawiały się małe krostki na twarzy, na dekolcie oraz innych miejscach. Nic specjalnego, okazy wszystkim znane. Po pierwszym dniu zauważam wyrzut około 15 malutkich krostek!

Na poniedziałek mam odłożone kiwi oraz wodę destylowaną wcześniej przymrożoną. Rano po przebudzeniu wypijam spokojnie wodę. Biorę kąpiel, krostki zostają zlikwidowane, jedyną pamiątką są malutkie czerwone ślady, zapowiadające zniknięcie i tym samym regenerację w najbliższych kilkudziesięciu godzinach. Wypijam wodę. Wykonuję wlew, po którym wychodzą drobne odpady, śluz, a także piana wprost z wątroby. Po zamknięciu etapu oczyszczania ciała wodą.

Przystępuje do ćwiczeń. Już doszłam w tym temacie do porozumienia z samą sobą. Aby czuć się na dobrych obrotach. By nie cierpieć za dnia - nie marudzić, że słabnę, że nic mi się nie chce, rozciągam się wszerz i wzdłuż, na skosy i ku dołowi (lubię schylenia, ciągnąc ciału ku górze czuję dyskomfort psychiczny, nie wiem jeszcze dlaczego, przypominam sobie), całość zajmuje około 50 minut (...)

Do tego dochodzi jazda na rowerze oraz spacer. Ćwiczenia powtarzam w okolicy godziny 18.00.

Jest to dla mnie ważne. Nie dzieje się nic strasznego, gdy raz czy dwa pominę popołudniową powtórkę z rozrywki, choć nieciekawie się czuję, gdy zrobię takie pominięcie z lenistwa. Inaczej sprawa się ma, gdy zostaję w pracy lub wychodzę na wędrówkę po szczęście - wychodzę z domostwa nie wiem z jakiej przyczyny, obchodzę znajome tereny, też nie wiem dlaczego, po czym wracam i dalej nie wiem o co chodzi. Pewnie z czasem dojdę o co mi biegnie w tym powłóczystym spacerowaniu.

Przygotowane na poranek włochato-kłujące kiwi, dalej gniecie zielony blat stołu. Nie ruszam go. Popełniam błąd. Siedzi w mych komórkach ciała program - jeśli mam coś założone i czuję, że zmiana planu nie jest słuszna, to powinnam dostroić się do podpisanej umowy. W tym, konkretnym, poniedziałkowym przypadku jest to pochłonięcie soczystego imiennika nielotnego zwierzątka kiwi-Apterygiformes, spędzającego swe życie w sympatycznej Nowej Zelandii.

Już będąc w pracy, mimo świetnej, sprzyjającej kondycji fizycznej, czegoś szukam, zastanawiam się czy może nie przewietrzyć się do sklepu po dynię lub słonecznik.

Podczas powrotnej, dwukołowej jazdy do swej jaskini, zakupuję wodę mineralną, lekko podszytą gazem (czuję, że taka będzie najmocniej odpowiednia). Pije powoli wodę i dorastam do zjedzenia kiwi. W trakcie przepoławiania kiwi wpadam na pomysł zjedzenia plasterka pomidora oraz przygotowania sobie ryżu. Nie mam żadnych specjalnych obaw przed zjedzeniem tych potraw. Po 2 dniach bez wody i pokarmu, który tak przysypał cały świat (nie licząc głodujących, nieuświadomionych zakątków świata, a także mego małego miasta, gdzie zapewne nie jedno dziecko czeka, aż ktoś wpadnie na pomysł by je nakarmić), nie boję się tych produktów i spokojnie je zjadam. Pojawia się myśl o pieczywie. Wiem, że są naszpikowane drożdżami, a te męczą wątrobę. Drożdże (i jeszcze kilka dodatków) sprawiają, że wszelkie cukiernicze wypieki wyglądają i smakują (komu smakują temu smakują) nęcąco i porywająco, są pulchne, wyrośnięte, pachnące (w pierwszych godzinach po wyjściu z piekarni). Po wrzuceniu w siebie bułki, kanapek, słodkich pączków obrzydliwie polanych lawą lukru lub czekoladopodobnej czekolady, mającej smak przeterminowanego produktu (nie tyczy się wiekowych, przesiąkniętych tradycją firm, pałających się wytwarzaniem honorowych i gatunkowo ciekawych słodkości i dziwaczności) urok wypieków znika... Już od pewnego czasu pracuję nad niejedzeniem pieczywa. Udaje mi się, ale są „przypadki” kiedy „niechcący” coś wpadnie do żołądka. Zaprawdę, nie wiem jak to się dzieje. Jednak te ilość są już znikome, niewinne. Po zbliżających się kolejnych dniach postu suchego, który będzie trwał 4 dni, nie będzie mowy o takim dogodzeniu sobie, z tą Świadomością przegryzam kanapkę oraz próbuję słodkiej bułki. Kanapka z ogórkiem sprawiła mi przyjemność, gryzłam, mieszałam ze śliną. Słodki wypiek jest czystym wybrykiem ego. Jem i nie wiem jak smakuje dany kęs, nie czuję konsystencji. Nie tylko z braku uwagi, ale ze względu na jakość. Najzwyczajniej w świecie ta nieźle wyglądająca masa ciasta nie ma smaku. Po tym spałaszowaniu kawałków nadrożdżonego pieczywa podejmuję całkowitą rezygnację z kontaktowania się z chlebem, bułkami etc.

Piję szklankę wody destylowanej, 0,5 litra staropolańskiej wody, oraz 0,8 świeżego soku z jabłek. Podczas podłączania sokowirówki otwieram odruchowo szafkę z pieczywem, zostaję niemile odurzona duszącym zapachem maszynowo pokrojonego bochenka chleba. Przypomina to doświadczenie z zapachem mięsa, a konkretnie drobiu...

W początkach odłączania się od zasilania organizmu zamordowanymi zwierzętami, mięso korciło, mrugało okiem, przywoływało ruchem kopyta, tudzież indyczej nóżki. Kura latała mi nad patelnią wykonując taniec zachęty. Obecnie zapach mięsa jest nieprzyjemny. Trudno to nawet nazwać zapachem, skoro po dojściu do nosa aromatów przygotowywanego przez mą rodzicielkę obiadu, czuję smród. Czuję warunki w jakich gniła pozbawiona jakichkolwiek godnych warunków kura oraz jej przyjaciele i przyjaciółki. Odczuwam pełen klimat „Milczącej arki” J.G.

Zauważam luz w kolanie. 4 lata temu zostało uszkodzone. Podczas przyjęcia dopingowanego alkoholem, piwo uderzyło mi do głowy, trzasnęłam prawą nogą o tępy przedmiot. Nie pamiętam już, czy była nim klamka w drzwiach, czy kaloryfer. Jak do tego doszło? Nie pamiętam, byłam zbyt odurzona alkoholem i podniecona młodzieńczymi zabawami. Kolano napuchło, bolało przez jakiś czas, ale wygląd unormował się. Z czasem zaczęłam zauważać dyskomfort w stawie kolanowym. Przy zmianie temperatur pobolewało, także czasami lekko utykałam. To naruszenie nogi dawało o sobie znać gdy dłużej siedziałam ze zgięta nogą, czyli jadąc pociągiem lub przesiadując gdzieś dłuższy czas, a takich okazji nie brakowało. Powstanie i chód był z takim bólem utrudniony i niesympatyczny. Dyskomfort dawał o sobie znać podczas ćwiczeń. Coś siedziało w kolanie. Obecnie jest równie lekkie i pozbawione uszczerbień jak lewe. Nic mi nie przeszkadza. Zapomniałam o tamtym zdarzeniu

14,15,16, X – post suchy...ciąg dalszy.

Nie mam chęci wystawić głowy na dwór. Warkot aut jest dla mnie zbyt głośny, aktywność ludzka przeraża mnie. Wypowiadam w myślach szczerą prośbę – by nikt nic ode mnie nie chciał i nie odzywał się do mnie.

Wyłącza się na maksymalna chęć do telewizji, radia, prasy. Czasami przejrzę program by spojrzeć czy nie ma może nic interesującego, ale z czasem i o tym zapominam lub też nie mam ochoty na poszukiwanie programu. I dobrze. Program telewizyjny nie jest zlepkiem wyłącznie repertuaru, jakim chce nas nakarmić wielki krąg programów telewizyjnych, to również reklamy oraz małe, brudne informacje, kto z kim, za ile, jak długo i dlaczego. Jestem przewrażliwiona i irytują mnie porcje intymnych szczegółów wyrwane z czyjegoś życia.

Włączam Wiadomości, ale widząc ponurego, przestraszonego dziennikarza wciskam czerwony klawisz na pilocie i oglądam swe jaśniejące i piękne odbicie w ekranie telewizora. Myślę, czym właściwie jest to ciągłe wglądywanie się w Fakty, Dzienniki etc. Widzę, że jest to zbędny proces przyzwalania na oblepianie nas śluzem strachu, negatywnych emocji, oburzenia. Spoglądanie w telewizje powoduje wytrącenie z równowagi, nakręcanie się na obmawianie, zamartwianie się tym co usłyszeliśmy, ujrzeliśmy. Wciągamy w to innych, zradzając dyskusje, które prowadzą donikąd. Gdyby zadać pytanie osobie, która regularnie przelatuje przez źródła codziennych, światowych i krajowych informacji, co widziała tydzień temu i jak mocno komentowała to z rodziną lub znajomymi, nie pamiętałaby, choć zużyła mnóstwo czasu, mocy i nakarmiła emocjami wielkich tego świata.

Nie jestem i nie byłam smakoszem, więc wzrokowe, słyszalne, straszne potrawy wyrzucam z codziennego jadłospisu.

Podczas postu spałam jak niemowlę, wszędzie, często i mocno, a z zaśnięciem oraz obudzeniem nie było problemu. Oprócz nocnego wypoczywania, kładłam się pod koc w dzień, na godzinę lub dwie.

Nie spotykałam nadzwyczajnych snach. Pojawiały się obrazy z jedzeniem.

Obecnie coraz częściej reguluję sobie śnienie, ale jest to jeszcze chwiejne. Bywa, że snów po prostu nie pamiętam, wciąż nad tym pracuję. Przed zaśnięciem prowadziłam i prowadzę kontemplację lub wizualizację.

Im głębiej zanurzałam się w post, przychodziły coraz to radośniejsze nocne malowidła, wcześniej uformowanie ich było liczącym się dylematem. Często nad ranem na wewnętrznej stronie powiek wypatrywałam i nadal widzę siebie w idealnym, fantastycznym stanie. Jestem pozytywnie odrodzona i świadoma tej nadrannej „narkozy”. Taki jest skutek wizualizacji. Prawo wizualizacji znalazłam po raz pierwszy u Joachima. Jest jasne i przejrzyste. Powtarzałam tę regułę tak długo i namiętnie, aż stała się moją naturalną częścią wyobraźni, myślenia i postępowania.

„Wiedz czego chcesz i miej obraz tego już zrealizowany w swojej wyobraźni – to jest nasienie.

Widząc ten obraz, będąc w nim na żywo, wiedząc, że to Prawda, czuj Miłość ogarniającą – to jest woda do podlewania.

Wkrótce z nasienia będzie roślina i upragnione owoce”



Pamiętam jak pewnego dnia po zjedzeniu owocu o nazwie mandarynka, zaczęłam przyglądać się pomarańczowym obierkom oraz kremowym pestkom. Siedziałam, od pasa w dół byłam nieruchoma, miałam pewne sprawy do przemyślenia. Rozmowa z samą sobą przechodziła w aromatycznej, cytrusowej atmosferze. Wwąchiwałam się w cytrusowe skórkowe zapachy i turlałam po drewnianym stole schnące od soków i mej śliny pestki(...) Nagle wrzuciłam je w garść i bez większej uwagi zakopałam niezgrabnie w doniczce. Od czasu do czasu łaskawie dodawałam do donicy wody. Proces naradzania się rośliny z tego nasienia był powolny, trwał miesiącami(...)
Pamiętam jak po ponad roku uczyniłam to samo lecz z większa uwagą, emanowałam szczęściem, poświęcałam zatopionym w ziemi pestkom sporo uwagi(...) Zwracałam się do nich i nie minął tydzień, a biała donica, ze złotym paskiem (właściwie jest to waza na zupę, zaadoptowana na doniczkę) zazieleniła się soczyście. Wybiły pierwsze zielone kiełki. Wyszły pewnie, stanowczo w celu ujrzenia tego, co na codzień widzi każdy z nas. Kiełki z dnia na dzień rosną, są coraz wyższe, bujne i dojrzałe.

Przerażam się zdrowo na myśl rozrośnięcia mego pestkowego lasu, bo wygląda na to, że będę musiała wepchnąć lenistwo w kąt bądź pod łóżko lub też wywiesić na sznurze za okno i zabrać się za przesiedlanie roślin na osobne donice.

W wizualizacji wędruję naturalnym szczerym szlakiem. Proste rozwiązana są najefektywniejsze. Obrazy buduję realnie, zdecydowanie, nie zmieniam co chwilę barw, kształtów, a dzięki temu otaczam je ufnością. Nie dopuszczam zwątpienia, nawet mini-sekundowych myśli, o tym, że to co tworzę jest „ niemożliwe”.

Wizualizacja na początku spotykała się z mocnym oporem podświadomych programów. Przemawiałam do siebie w myślach i nic. Spokój, pustka, zero wyczuwalnych reakcji. Z czasem odszukałam podstawowe usterki i wprowadziłam korektę. Zaczęłam być stanowcza i prosta w stawianiu wizualnych obrazów. Zaprzestałam wychodzić w przyszłość, uciszyłam prośby, by coś się wydarzyło, bo tym samym zgłaszałam informację, że czegoś mi brakuje.

Wiem, że tylko myśli pokazujące mnie w ideale, jaki sobie buduję, zmaterializują się. To już się dzieje.

Wcześniej podałam sobie błędny trop, myślałam: "zastosuję wizualizację i już jutro, albo za godzinę albo po procesie będzie lepiej”. Podmieniłam to na: „W tej chwili jestem zdrowa, Teraz komórki ciała pracują idealnie.”

Zaklęcie zostaje wypowiedziane i jeśli nie podszywam go wątpliwością, nieszczerością lub niepoprawnym celem, to już się staje. Ono jest.

W II tomie, B.T. Spaldinga („Życie i Nauki Mistrzów Dalekiego Wschodu”) znalazłam słowa potwierdzające moje działanie i wskazujące precyzyjniej, jak mam się piąć w górę.



"(...)Proście o zesłanie zdrowia, a nie, by być uleczonym z choroby; przejawić harmonię i urzeczywistnić dostatek, lecz nie - być zbawionym od nieładu, chaosu, nieszczęść i ograniczeń"



Wizualizacja jest dla mnie zwyczajną niesamowitością. Przypomina zrzucanie skóry przez węża, odrzucanie przez jaszczurkę końcówki ogona. Jeśli dostrzegam utrapienie, niedogodność plączącą mi nogi, zrzucam ten krzyż pański ze swych ramion w jego miejscu wytwarzam pragnienie. Porzucam zgryzotę raz na zawsze i nie wracam do przeszłych dziejów. Tego już nie ma.

Wyobrażana doskonałość jest wiernym, wesołym i śmiałym towarzyszem na każdym kroku, nie tylko w godzinie wizualizacji. Za każdym zamknięciem oka widzę siebie w doskonałej formie. Wymaga to ćwiczeń, wytrwałości, konsekwencji.

Bywało i bywa, że ktoś przypominał o danym utrapieniu, mówiąc:

"Załatwiłaś się do reszty, teraz będziesz chorowała dwa tygodnie”, „Jak strasznie wyglądasz”, „Fatalnie to wykonałaś, nic z tego nie będzie”.

Na początku czułam się dobijana, z czasem przypomniałam sobie jak działać w takich sytuacjach. Reakcja zmieniła się i od tamtej pory ruszam z wyobraźnią do dzieła i to ze zdwojoną mocą. Widzę siebie oraz dobijające mnie postaci, jak wspólnie zachwycamy się niesamowitym wynikiem dowolnej sytuacji.

Zmiana myśli jest kosztowna, ale inwestycja zwraca się. Uznałam, że negatywami wystarczająco długo się nękałam, kierowałam i fascynowałam. Przez nie płakałam, darłam się i tworzyłam wokoło siebie świat nieprzyjemności, biedoty, szkaradności(...)

Myśli pozytywne nie mają limitu. Są przejawem Prawdy, Radości i Miłości, czyli wszystkiego. Od momentu, gdy mój umysł zaczął się stanowczo rozjaśniać, Świadomość pełną parą zaczęła zdmuchiwać mgłę horyzontu i brnąć naprzód, zaczęłam w pełni doświadczać czym jest życie w Świetle, w Miłości, w Spełnieniu.

Jestem człowiekiem szczęśliwym i to pod każdym względem. Nie mam żalu do nikogo ani do niczego. Pierwszą postacią, której posłałam przebaczenie byłam Ja.

Wiem, że to co mnie spotyka jest moim wyborem. To co już było, co mnie dotknęło (i do czego nie wracam bo jaki jest w tym sens?) również wybierałam, choć wówczas na takie stwierdzenie oburzałam się. Przeszłość ma dla mnie znaczenie jedynie przez doświadczenie, które magazynuję i dzięki któremu się rozwijam. Nie toleruję żadnego innego środka poznania - wyłącznie poczucie. Inne są wątłe, oparte na chwiejnej wierze, która niczym przepuszczalna błona, wpuszcza do wnętrza strach. Doświadczenie jest moim bagażem. Walizka z przeżyciami jest moimi schodami, dzięki niej brnę dalej, wspinam się z przyjemnością na kolejne kondygnacje swej egzystencji, gdzie czekają i szczęścia i trudności. Im jestem wyżej, tym moje pole widzenia jest szersze, dogłębne(...)



Powietrze drga.
Drżę,
Wciąż wewnątrz tej formy,
Kształtowana przez formę,
Którą teraz niejasno wyczuwam.
Jest pusta, próżna,
Jej praca ukończona.

Muszę się tylko poruszyć –
Jeden krok, kolejny, lękliwie,
I czekam.

Czuję jak powietrze osusza ten dziwny, nowy kształt,
Patrzę jak wzory złote, czarne, pomarańczowe,
Rozwijają się w rzeczywistości,
Rozpościerają się w otwartości,
Gdy powietrze mnie porywa,
Unosi
W zdumienie(...)1


---
1 Opis otoczony jest z góry oraz dołu fragmentem wiersza Trei Wilber. Spotkałam go w księdze Śmiertelni Nieśmiertelni Kena Wilbera

2 Joachim M Werdin – ojciec strony http://niejedzenie.info
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Numer GG
Sandra



Dołączył: 02 Kwi 2003
Posty: 197
Skąd: LU

PostWysłany: 2012 08 12 23:22    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

ciekawie `jest sie przeczytac´ po wielu latach...nie poznac podczas czytania, a pozniej powoli zaczac przypominac i zobaczyc jak wiele sie zmienilo a wlasciwie ile sie przez te lata zgubilo...wrazliwosci,lacznosci ze soba,szalenstwo,spontanu...jadra jak berety...usiasc i plakac...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email WP Kontakt
JMW



Dołączył: 13 Sty 2003
Posty: 1670
Skąd: Poznań

PostWysłany: 2012 08 13 07:47    Temat postu: piękny tekst Odpowiedz z cytatem

Sandra, fajnie że znalazłaś się, autorka tego tekstu. Piękne doświadczenie twoje oraz tekst bogaty w emocje i uczucia.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Numer GG
hunab-ku



Dołączył: 11 Cze 2007
Posty: 1092
Skąd: Łódź

PostWysłany: 2012 08 13 11:16    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Sandra napisał:
ciekawie `jest sie przeczytac´ po wielu latach...nie poznac podczas czytania, a pozniej powoli zaczac przypominac i zobaczyc jak wiele sie zmienilo a wlasciwie ile sie przez te lata zgubilo...wrazliwosci,lacznosci ze soba,szalenstwo,spontanu...jadra jak berety...usiasc i plakac...

Czyli, że wszystko przepadło?
Czy zupełnie inaczej?
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Sandra



Dołączył: 02 Kwi 2003
Posty: 197
Skąd: LU

PostWysłany: 2012 08 13 11:56    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

sie zgubilo,sie odnajdzie Wink
dziwne ze mozna tak o sobie zapomniec.wlasciwie ukatrupic w sobie calkiem fajne cechy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email WP Kontakt
hunab-ku



Dołączył: 11 Cze 2007
Posty: 1092
Skąd: Łódź

PostWysłany: 2012 08 13 14:29    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

I do tego jeszcze takie !!! Smile
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Sandra



Dołączył: 02 Kwi 2003
Posty: 197
Skąd: LU

PostWysłany: 2012 08 13 18:17    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

noooo...wytrzymac bez jedzonka ponad dwadziescia dob...ekonomicznie,ekologicznie...cecha niesamowita Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email WP Kontakt
hunab-ku



Dołączył: 11 Cze 2007
Posty: 1092
Skąd: Łódź

PostWysłany: 2012 08 13 19:00    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

I co?
Przestało Cię to kręcić?
Nie chciałaś już kolejnych barier przekraczać?
Dlaczego?
Sorry, że Cie tak wypytuję ...
... ale ciekawy jestem Embarassed
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Sandra



Dołączył: 02 Kwi 2003
Posty: 197
Skąd: LU

PostWysłany: 2012 08 13 19:57    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

rozne za bariery w naszym zyciu do przekraczania...glodowki,diety to pewna forma zabawy,ktora bywa czesto pozyteczna...w tamtym akurat okresie post byl pomocny do wsluchania sie w siebie.cos tam uslyszalam,na szczescie zapisalam i dopiero teraz w sumie zaczynam rozumiec.fajne ze wiele slow jest i dzisiaj aktualnych
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email WP Kontakt
hunab-ku



Dołączył: 11 Cze 2007
Posty: 1092
Skąd: Łódź

PostWysłany: 2012 08 13 21:04    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

A czym obecnie przewód pokarmowy zarzucasz?
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Sandra



Dołączył: 02 Kwi 2003
Posty: 197
Skąd: LU

PostWysłany: 2012 08 13 21:32    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

jesli jestem tym czym jem to jestem kawal krowy.. a ogolnie: koszerne,czasami wege,wesole jedzenie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email WP Kontakt
hunab-ku



Dołączył: 11 Cze 2007
Posty: 1092
Skąd: Łódź

PostWysłany: 2012 08 14 10:37    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

O cholera ...
Koszerne ... uboje ...
No dla mnie to masakra jest Sad
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Sandra



Dołączył: 02 Kwi 2003
Posty: 197
Skąd: LU

PostWysłany: 2012 08 14 10:38    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

ja nie ubijam ...!
mow mi Masakra Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email WP Kontakt
hunab-ku



Dołączył: 11 Cze 2007
Posty: 1092
Skąd: Łódź

PostWysłany: 2012 08 14 10:50    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Wiesz ... generalnie interesuje mnie dlaczego ... po takich doświadczeniach wróciłaś do tak bezsensownego (moim zdaniem) jedzenia. Znaczy się ... może i świadomego, ale zupełnie niesmacznego i nieprzydatnego człowiekowi.
Ja tam oczywiście nie wiem co dalej będzie (poza Apokalipsą 2012 Smile ), ale nigdy, przenigdy nie zjadłbym kawałka mięsa. Po prostu odruch wymiotny i tyle.
A jak widzę ... moja ewolucja pokarmowa (obecnie prawie 100% Frutarianizm + Ziarnanizm) idzie w kierunku ograniczania rodzajów pokarmów ... i mam nadzieję, że one kiedyś wcale nie będą mi potrzebne.

A u Ciebie taki odwrót ...
Dlaczego?

Ja nawet nie 3 tylko 2 tygodnie niecałe nie jadłem ...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Sandra



Dołączył: 02 Kwi 2003
Posty: 197
Skąd: LU

PostWysłany: 2012 08 14 10:54    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

wrocilam do rownowagi pod wieloma wzgledami..tamte glodowki to byla skrajnosc...teraz jem kolorowo,wesolo,roznorodnie,regularnie i organizm funkcjonuje sprawniej niz wtedy..cialo mam typu sportowca ,najwazniejszy jest dla mnie ruch,jest wyznacznikiem mojego samopoczucia...jedzac wege,robiac experymenty z postami wygladalam anorektycznie....dobrze sie czuje i to najwazniejsze..zawsze sie znajdzie ktos kto bedzie uwazal ze jem niewlasciwie bo jest mnostwo teorii na temat diet i postow..no i co z tego?
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email WP Kontakt
hunab-ku



Dołączył: 11 Cze 2007
Posty: 1092
Skąd: Łódź

PostWysłany: 2012 08 14 17:25    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Pewnie, ze nic ....
Tylko ... jak mnóstwo tu ludziaszkowie przykładów na forum rzucali, okazuje się, że ciało sportowca nawet kulturysty ma i ten co nic je, jak i ten co Słońce je, jak i ten co tylko owoce wpierdziela maraton wygrywa Smile
Ale ... jak Ci to służy ... to oczywiście, że jest OK Smile
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Sandra



Dołączył: 02 Kwi 2003
Posty: 197
Skąd: LU

PostWysłany: 2012 08 14 21:59    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

ja tak nie umiem Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email WP Kontakt
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum INEDIA, NIEJEDZENIE, POST I INNE TEMATY Strona Główna -> Ja, Moje Życie i Moje Doświadczenia. Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group